Wypatrzyłem ją miesiąc temu w nowojorskiej księgarni i kupiłem wzbudzając zdziwienie kolegów: “przecież mogłeś kupić na Amazonie” (wiadomo – ciężar walizki ma swój limit). Był tylko jeden egzemplarz – spoglądał z półki jakby czekał na mnie. Kilka dni temu skończyłem lekturę i cieszę się, że ją kupiłem. Szczerze polecam przede wszystkim pasjonatom ziemiańsko-szlacheckiej historii najnowszej.

Książka Adriana Tinniswooda „Noble Ambitions. The Fall and Rise of the British Country House after World War II” to zapis powojennej historii brytyjskich zamków, pałaców i dworów oraz ich właścicieli – aż do ostatnich dekad XX wieku. A jest to historia burzliwa, miejscami tragiczna, nierzadko zaskakująca, a często – interesująca. Autor, historyk, pisarz, wykładowca University of Buckingham i konsultant National Trust, wykonał ogromną pracę badawczą. Książka jest dobrze udokumentowana i osadzona w źródłach. Napisana potoczystym stylem i przyjemna w lekturze. Skrzy się od anegdot. To wciągająca lektura skłaniająca do licznych refleksji.
Kolejne z 20 rozdziałów odsłaniają różne aspekty i koleje historii rezydencji ziemiańskich („Country House”), wśród których znalazły się także prawdziwe perły architektury, spektakularne, bogate rezydencje szlacheckie, arystokratyczne, królewskie („Stately House”) oraz należące do bogatych przemysłowców, przedsiębiorców czy gwiazd popkultury.
Świadomy tragicznego losu polskiego świata ziemian i ich rezydencji – zdziesiątkowanego w wyniku wojny i zmiany granic, a potem śmiertelnie ugodzonego tzw. reformą rolną, czyli powojenną grabieżą na masową skalę przeprowadzoną w majestacie prawa, zawsze z zazdrością spoglądałem na brytyjskie rezydencje nadal zamieszkałe przez prawowitych właścicieli, często od setek lat. Nie wiedziałem, że ten obraz jest tylko fragmentaryczny i brytyjscy ziemianie także musieli podjąć walkę o zachowanie swoich siedzib i uratowanie dawnego trybu życia.
Schyłek świata ziemian i ich rezydencji rozpoczął się pod koniec XIX w. i złożyło się nań kilka zjawisk. Lata 70. i 80. to poważny kryzys i upadek koniunktury na produkty rolne. W 1894 r. rozpoczął się proces ustanowienia, a potem stopniowego podnoszenia wysokości podatków spadkowych. Już w 1939 r. sięgnął on 64%, a w pierwszych latach powojennych został podniesiony decyzją lewicowego rządu Clementa Attlee do 80%. Niemal każda śmierć w rodzinie ziemiańskiej oznaczała więc konieczność zapłaty podatku w wysokości 80% wartości całego majątku (można było tego uniknąć np. przekazując odpowiednią część majątku w darowiźnie min. 3 lata przed śmiercią). Dodajmy, że ogromna większość ziemian wzięła czynny udział w II wojnie, więc tych niespodziewanych śmierci – nie tylko sędziwych wiekiem seniorów rodu, ale także ich sukcesorów – 20 czy 40 letnich synów ginących na frontach Europy, Afryki i Azji, była wówczas bardzo dużo. Te historie też opisuje książka. Rozpoczęła się walka o przetrwanie – wyprzedaż ziemi, dzieł sztuki, wszystkiego, co mogłoby pokryć koszty horrendalnego podatku. Wielu ziemian przegrało tę walkę. Wielu siedzib nie udało się sprzedać. Czekała je licytacja. Ci, którzy zdołali wyzbyć się części rodzinnego majątku – oglądali wyburzanie sprzedanych historycznych siedzib przez kupców-deweloperów, dla których wyprzedaż była doskonałą okazją do taniego zdobycia atrakcyjnych działek w całym kraju. W ten sposób zniszczono setki historycznych siedzib. W okresie międzywojennym zburzono 420 pałaców i innych rezydencji wiejskich w Wielkiej Brytanii. W mrocznych latach 50. proces ten jeszcze przyspieszył.

Zniszczenia rozpoczęły się już w czasie wojny. W wielu pałacach i dworach zlokalizowano instytucje wojskowe związane z trwającą wojną. Autor opisuje skalę zniszczeń, które pozostawiło wojsko – zbutwiała drewniana stolarka, zalane parkiety i ściany, zniszczone wyposażenie, liczne pożary z powodu niedbalstwa, a nawet strzelanie do portretów, czy rajdy motocyklowe po zabytkowych klatkach schodowych (z łatwym do przewidzenia niszczącym efektem). Część dworów, które przyjęły pod swój dach wojsko – nigdy nie wróciło do dawnego stanu – nadawały się tylko do zburzenia.
Spłata podatku spadkowego była tylko początkiem walki. Pałac nadal trzeba było utrzymać, co było trudne w zmieniającej się rzeczywistości powojennej i po wyprzedaży aktywów, które niegdyś stanowiły źródło dochodów. Rozpoczęły się przeróżne działania ratunkowe. Również lobbying polityczny.

Walka o przetrwanie to jeden z głównych wątków książki. Drugi – to opis nowego etapu historii rezydencji, które udało się uratować. One i ich właściciele musieli dostosować się do nowej rzeczywistości społeczno-politycznej nieprzychylnej tradycyjnemu stylowi życia i konserwatywnym instytucjom. Brytyjscy właściciele sięgnęli po różne metody. Część postanowiła zredukować powierzchnię domów wyburzając ich część. Inni – otworzyli domy dla turystów, poszukując różnych form uatrakcyjnienia rodowej siedziby, aby utrzymać ją i ocalić – to fascynująca część książki opowiadająca o wytyczaniu w XIII-wiecznych zamkach i XVII-wiecznych pałacach – dotąd prywatnych domach – tras dla turystów, o pisaniu pierwszych przewodników, przebudowach stajni na kawiarnie i stodół na garaże dla autokarów. A nawet – zakładaniu zoo z dzikimi zwierzętami (temu pomysłowi poświęcono cały barwny rozdział), budowie kolejek wąskotorowych i wyciągów górskich obwożących gości po majątku. Turyści płacąc przysłowiowe „pół korony” zyskiwali prawo wstępu do prywatnych domów. Mieli przy tym oczekiwania, a nawet żądania uprzykrzając się domownikom. Ta, mroczna strona turystyki też została opisana w książce. Wszystkie te zabiegi odbywały się pod presją czasu, przy ograniczonych środkach na inwestycje, a przede wszystkim w obawie przed kolejną niespodziewaną śmiercią w rodzinie i koniecznością zapłacenia nowego podatku od spadku. Co ważne – ratowanie rezydencji jako domu było misją bezdyskusyjną dla wielu ziemian. Transformację domu w muzeum – uważano za klęskę. Dom mógł być domem tylko jeżeli mieszkali w nim właściciele, nawet w resztówce – kilku pokojach na uboczu. Jak zwykle – część ziemian odniosła względny sukces, uzyskując dzięki mądrze zorganizowanej turystyce stabilne źródło finansowania dla swoich rodzin i ich siedzib. Inni – ponieśli porażkę i pomimo wysiłków utracili rodzinne domy.


W książce przeczytamy o przeróżnych aspektach najnowszej historii brytyjskich dworów i pałaców po II wojnie światowej, ale także liczne retrospekcje do okresu międzywojnia. Poznajemy ziemiański tryb życia – świat polowań, wytwornych bali i innych aspektów stylu życia High Society. Przeczytamy także o Amerykanach, którzy zapragnęli nabyć brytyjski pałac, aby odtworzyć więzi z ojczyzną przodków, zamanifestować bogactwo i sukces albo z czysto snobistycznych powodów. Nowobogaccy także mieli „noble ambitions”, chociaż często ich realizacja miała tragi-komiczne oblicze. Na kartach książki pojawiają się także historie córek amerykańskich milionerów poszukujących dobrych partii matrymonialnych wśród brytyjskiej arystokracji, która z kolei pragnęła zastrzyku amerykańskich pieniędzy dla ratowania rodzinnych domów. Jest cały rozdział o muzykach – m.in. Beatlesach i Rolling Stones’ach, którzy zapałali chęcią posiadania pałacu i kupili ich sporo prowadząc w nich życie typowo rock’and’rollowe z wszelkimi konsekwencjami tego faktu. Rezydencje ziemiańskie i ich właściciele mieli swój udział w burzliwych Swinging Sixties.


Arystokraci i szlachta ziemiańska bywali bohaterami skandali towarzyskich, obyczajowych, a nawet afer kryminalnych. Zapach drogich perfum i alkoholi oraz dym marijuany nie były obce rezydencjom ziemiańskim w tym okresie. Wśród ziemian brytyjskich, jak od wieków i jak w każdym środowisku, nie brakowało oryginałów i zwyczajnych dziwaków, ludzi chciwych, złych i podłych, płytkich i zawistnych. Było też wielu ludzi wspaniałych i wybitnych ofiarnych patriotów i świetnych animatorów życia lokalnych wspólnot, zagorzałych obrońców rodowego dziedzictwa i kulturowej tożsamości. Ich także poznamy ze stronic tej książki.

Ciekawy fragment książki odsłania kulisy działalności National Trust – organizacji powstałej w 1895 r., a więc krótko po ustanowieniu wysokich podatków spadkowych, która miała za zadanie ochronę zabytków architektury i przyrody dla potomności. Szczególnie w okresie międzywojennym i krótko po II wojnie światowej, National Trust skorzystał na kłopotach ziemian pozyskując często za bezcen wybitne rezydencje. Budżet Trustu był niewystarczający, aby uratować wszystkie rezydencje. Ponadto, poza budynkami należącymi do najwybitniejszych, pozostałe Trust brał w opiekę pod warunkiem współfinansowania przez właściciela w drodze ustanowienia specjalnego funduszu. W rezultacie, wielu rezydencjom nie udało się pomóc. Należy jednak dodać, że dzięki istnieniu Trustu wiele historycznych rezydencji uratowano od zniszczenia. W niektórych nadal mieszkali dawni właściciele, co było możliwe na podstawie indywidualnych ustaleń.

Wreszcie – przeczytamy o nowych pokoleniach ziemian, którzy postanowili iść z duchem czasów – przebudowując siedziby rodowe, czy nadając nowoczesny charakter wystrojowi (powstał cały nowy rynek projektantów wnętrz dworskich, architektów, wszelkiej maści doradców, ale też – hochsztaplerów). Część z tych nowych aranżacji była całkiem udana. Nie uniknięto złych decyzji, a nawet zniszczeń, jak w Stratton Park. Nie wszyscy młodzi byli nowocześni. Część starała się ocalić dawny styl życia będący udziałem ich rodziców i dziadków. Stanęli przed zupełnie innym problemem – deficytem wykwalifikowanej służby domowej, czy przeniesieniem się centrów życia towarzyskiego elit społecznych ze wsi do miast.

Tematyka książki jest dla Polaka ciekawa z co najmniej dwóch powodów.
Po pierwsze – opowiada o losach brytyjskich ziemian po II wojnie światowej. Pozwala porównać je z tragicznymi losami polskich ziemian. Dla mnie było zaskoczeniem, że brytyjska historia ziemian i ich rezydencji nie była usłana różami i miała swoją tragiczną stronę.

Po drugie — książka pokazuje jak mogłaby wyglądać historia polskich dworów i pałaców gdyby nie komunizm i grabież reformy rolnej. W Polsce wolnej, a nie ponownie okupowanej po II wojnie światowej na pewno część dworów, pałaców i zamków nie przetrwałaby, ale część – z pewnością tak. Zapewne stałyby się lokalną atrakcją turystyczną z licznymi pozytywnymi konsekwencjami dla całego społeczeństwa – lekcją stylu, szansą na obcowanie z dobrą architekturą i sztuką, źródłem dobrze rozumianej narodowej dumy z dziedzictwa kulturowego, a być może także inspiracją do powielania dobrych wzorów na mniejszą skalę. Ziemianie mogliby kontynuować swoje zadanie animatorów życia lokalnych wspólnot i społeczności.
Finał brytyjskiej historii rezydencji ziemiańskich jest pozytywny. Chociaż wiele wspaniałych historycznych siedzib przepadło, niemało domów uratowano. Co istotne – uratowano je jako domy, a nie jako muzea, hotele czy szkoły (chociaż i w Wielkiej Brytanii część dawnych rezydencji stała się siedzibami różnych instytucji publicznych).

Brytyjskie społeczeństwo w końcu opowiedziało się za ocaleniem domów ziemiańskich, powołano w tym celu kilka instytucji, komisji rządowych i funduszy państwowych. Ziemianie wciąż mieszkający w historycznych siedzibach stanowią szanowaną część społeczeństwa (choć oczywiście są też dziwacy, sensaci i osobnicy raczej odpychający), są animatorami życia lokalnych społeczności, patronami przedsięwzięć charytatywnych, a ich domy są lubianym przez Brytyjczyków celem weekendowych i wakacyjnych wycieczek, uważane (ponownie) za bezcenny składnik brytyjskiej kultury, historii i tożsamości.
I znowu rodzi się smutna refleksja – gdyby tak mogło zdarzyć się u nas…
Szczerze polecam książkę “Noble Ambitions. The Fall and Rise of the English Country House after World War II”, Basic Books, New York 2021, s. 422.