ARMARIA POLECA: “BYŁ DWÓR, NIE MA DWORU. REFORMA ROLNA W POLSCE”

[Przeczytanie tekstu zajmie: 18 minut(y)]

Gdyby nie ogłoszenie w mediach społecznościowych, reklamujące spotkanie autorskie, nie wiedziałbym, że taka praca w ogóle powstała. Szczęśliwie dla osób spoza Warszawy, spotkanie z autorką odbyło się w formule zdalnej. Frekwencja była zaskakująco duża jak na tak niepopularny dzisiaj temat. Nie podejrzewałem, że aż tyle osób interesuje reforma rolna. Natychmiast po zakończeniu spotkania zamówiłem książkę w wydawnictwie i wkrótce trafiła do moich rąk.

Informacja, że mamy do czynienia z blisko 400-stronicową pracą naukową, bez żadnych ilustracji, napisaną przez p. dr Annę Wylegałę z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk w Warszawie może raczej zniechęcić niż zachęcić wielu czytelników do sięgnięcia po książkę. Dlatego stwierdziłem, że chociaż w międzyczasie publikacja zdobyła aż trzy nagrody i trzy nominacje w różnych konkursach, warto o niej napisać, aby więcej osób zainteresowanych tematem mogło ją przeczytać.

Zdaję sobie sprawę, że w powszechnym mniemaniu książki naukowe są nieznośnie nudne, a ich język, obfitujący w określenia należące do specjalistycznego żargonu, jest trudny do zrozumienia dla laika. Ten stereotyp ma niestety swoje podstawy, ale co ważniejsze – nie w przypadku książki, o której mowa. Styl książki jest potoczysty, a w bogatym słownictwie nie znajdziemy tak często spotykanych, szczególnie u młodych autorów popisów znajomości słownika wyrazów obcych.  Brak ilustracji rekompensują z powodzeniem liczne cytaty z wypowiedzi uczestników i świadków reformy rolnej oraz ich potomków. Pani dr Wylegała wraz z zespołem badawczym nagrała dziesiątki godzin rozmów z mieszkańcami kilku wsi z dawnego województwa kieleckiego, w których przeprowadzono reformę rolną. Co ciekawe – są to zarówno beneficjenci tej reformy – chłopi małorolni i bezrolni oraz ich potomkowie, osoby realizujące w terenie reformę – personel specjalnie powołanych w tym celu urzędów, bierni świadkowie – którzy z różnych powodów z reformy nie skorzystali, wreszcie – ofiary czyli ziemianie (właściciele majątków ziemskich). Wszechstronny i szczegółowy charakter zebranych danych sprawia, że wyniki badań są tak rzetelne i tak ciekawe.

Konstrukcja książki opiera się na 8 rozdziałach uzupełnionych o wstęp i zakończenie, a także elementy stricte naukowe – notę metodologiczną, charakterystykę opisywanych miejscowości oraz notki biograficzne dotyczące osób, które udzieliły autorce wywiadów. Dalsze omówienie oprę na tytułach rozdziałów, których użyję jako tytułów kolejnych fragmentów.

“PAN JUŻ NIE JEST DZIEDZICEM”. KONIEC (ZIEMIAŃSKIEGO) ŚWIATA.

Pierwszy rozdział to przede wszystkim opis masowego rabunku, jakiego dokonano w latach II wojny światowej i zaraz po jej oficjalnym zakończeniu na polskiej wsi w ramach tzw. reformy rolnej. Sprawcami pierwszego byli okupanci – Niemcy i Sowieci. Drugiego dokonali sąsiedzi, a także przedstawiciele nowych władz zainstalowanych w Polsce przez sowieckiego okupanta. Autorka z dbałością o zasady naukowego przekazu, rzetelnego i zniuansowanego, co jest kolejnym, dużym walorem tej książki – opisuje i przytacza relacje dotyczące porażającej skali rabunku dworów polskich. Wzmiankom o kradzieży mienia dworskiego, “znikających” (i czasem wypływających po latach lub odnajdywanych w prywatnych domach) zabytkach sztuki i rzemiosła artystycznego, ich destrukcji z powodu prób dostosowania do nowego miejsca przechowywania (m.in. porażająca relacja o przepiłowaniu mahoniowego, empirowego biurka ukradzionego z domu hrabiów Sobańskich, aby pasowało do biura dyrektora ośrodka urządzonego w przejętym w ramach reformy rolnej majątku – awansowanego ze stróża nocnego) – towarzyszą budzące mieszane uczucia, dość częste deklaracje udzielających wywiadu członków okolicznych rodzin, że ich przodkowie nie mają z tymi kradzieżami nic wspólnego, że to jacyś inni tego dokonali. Co istotne, autorka nie pomija w swojej relacji przykładów wzorowych postaw zachowań mieszkańców wsi – obrony i pomocy udzielanej szanowanym w okolicy ziemianom, czy sprzeciwiania się i potępiania rabunków, a nawet całej “reformy” przez chłopów. Warto pamiętać, że takie akty, które określilibyśmy dzisiaj jako dowody zwykłej ludzkiej przyzwoitości – w tamtych niebezpiecznych czasach były  ryzykowne i należy je uznać za akty dużej odwagi.

Plakat propagandowy z okresu tzw. referendum ludowego w 1946 r.

Majątek ziemian ulega rozproszeniu (również za sprawą oddawania przez właściciela na przechowanie czy sprzedaży dla poratowania budżetu domowego, czy wręcz – żeby przeżyć). Najsmutniejsze są opisy aktów nieodwracalnego zniszczenia licznych zabytków wynikającego nie z wrogości, ale z braku wiedzy mieszkańców wsi, że to cenne i rzadkie przedmioty. Pewną część zabytkowych dóbr ruchomych udało się uratować dzięki działaniom tych urzędników reformy rolnej, którzy widząc skalę grabieży i rozproszenia zabytków kultury starali się je zabezpieczyć, aby trafiły do muzeów. Oczywiście i w tym przypadku dochodziło do licznych patologii i wtórnych kradzieży. Niewielka część dóbr ruchomych wraca do prawowitych właścicieli – oddają je sąsiedzi, którzy zabrali je, aby nie uległy zniszczeniu. Przykłady pozytywnych zachowań stanowią tylko wyjątek od reguły.

“PODAWAJ TAK TROCHĘ PO UWAŻANIU”. MECHANIZMY DZIELENIA ZIEMI.

Najcenniejszym dobrem posiadanym przez ziemian była oczywiście sama ziemia. Myli się ten, kto sądzi, że podział ziemi dworskiej w ramach reformy rolnej był procesem spontanicznym i szybkim. Owszem, zdarzały się takie szybkie i spontaniczne przykłady samodzielnego podziału ziemi dworskiej przez okolicznych chłopów, ale co do zasady, jak pisze autorka – “proces podziału ziemi obszarniczej był złożoną machiną urzędniczo-polityczną”.

Realizacja reformy rolnej wiąże się z pierwszym wielkim rozczarowaniem chłopów. Okazuje się, że nadziały są najczęściej bardzo małe (do 5 hektarów, a najczęściej o wiele mniej), a ponadto część majątków zostaje wydzielona w formie “resztówek”. Mają służyć innym celom – jako zalążki PGR, lub przyszłe miejsca użyteczności publicznej. Żądania dotyczące wycinki parków dworskich, aby z drewna pobudować domy na wycielonych działkach – czasami spotykają się z odmową stosownych władz. Jak zwykle, wiele zależy od tego kto podejmuje konkretne decyzje i kto je w praktyce realizuje.

Dwór Morawskich w Plancie przed wojną [źródło: strona Polska niezwykła]
Dwór w Plancie dzisiaj [źródło: strona Polskie dwory]

Podziałowi ziemi towarzyszą przeliczne i przeróżne  nieprawidłowości, a nawet afery. Pierwszeństwo w kolejce po nadział ziemi dworskiej otrzymują nierzadko nie okoliczni mieszkańcy, ale ludzie nowego reżimu: członkowie partii komunistycznej, weterani formacji światopoglądowo zgodnych z linią partii komunistycznej, czy współpracownicy urzędu bezpieczeństwa. Zaskakujące są także dane dotyczące skali korzyści odniesionych z reformy przez stosunkowo zamożnych już przed wojną gospodarzy wiejskich – rolników, właścicieli sklepików wiejskich, kupców. Wielu urzędników przeprowadzających reformę rolną bogaci się dzięki przyjmowanym łapówkom. Skala łapownictwa jest w tym czasie ogromna, czego świadectwem są liczne skargi słane do tzw. urzędów ziemskich. Reforma pogłębia podziały społeczne wśród ludności wiejskiej i wzajemną nieufność.

“NIE BYŁO NA WSI SPOKOJU”.  LĘK, CHAOS I PRZEMOC.

W relacjach mieszkańców wsi przewija się poczucie, że podział ziemi i jej nabycie przez nowych właścicieli nastąpił w sposób niewłaściwy. Autorka podkreśla, że jakkolwiek część mieszkańców wsi obawia się po prostu, że “pan wróci i odbierze swoją ziemię”, to lęk odczuwany przez większość tych, którzy mieli wyrzuty sumienia czy skrupuły wynika z faktu, że cały “proces nie mieści się w panującym do tej pory porządku społecznym i moralnym”. Sposób nabywania ziemi w pierwszych latach po II wojnie światowej, inaczej niż dotąd, nie polegał ani na jej kupnie (chociaż beneficjenci reformy rolnej musieli zapłacić państwu ustaloną opłatę), ani na odziedziczeniu (przecież ziemianie – prawowici właściciele – wciąż żyli), ani nie na dzierżawie (tytuł chłopów do otrzymanej z reformy ziemi przez wiele lat nie był jednoznacznie uregulowany). Co innego ziemia i majątki poniemieckie, które brano bez oporów i skrupułów. Jak piszę autorka “jednak Pan był o wiele bardziej ‘swój’ niż Niemiec”.  Ostatecznie – jak czytamy – większość chłopów ziemię z reformy bierze. Nie biorą tylko jednostki, bo albo są względnie zamożni i nie chcą zniżać się do brania “pańskiej” ziemi, albo się boją. Największą grupę wśród tych, którzy ziemi nie biorą stanowią dawni pracownicy majątku i służba dworska – bliżej związani z rodzinami ziemiańskimi. Kluczowy był stosunek wsi do pana. Jeżeli był dobroczyńcą, a nie “krwiopijcą” – odebrana ziemia ciążyła na chłopskim sumieniu. Stosunek do tamtych decyzji uległ na wsi zmianie. Dzisiaj fakt nie wzięcia wówczas ziemi dworskiej z reformy jest dla potomków chłopów powodem do dumy. Wówczas – jak pisze autorka – dominowało patrzenie z politowaniem na tych, którzy mogli dostać, a nie wzięli.

Parcelacja ziemi należącej do hrabiego Potockiego. Akty nadania wręcza pełnomocnik PKWN S. Koturski, grudzień 1944 r. [Źródło: Agencja FORUM, za stroną: Historia zapomniana i mniej znana].

Przede wszystkim jednak wieś po reformie nie jest miejscem spokojnym. Pogłębiają się podziały społeczne między różnymi grupami interesów i strukturami wiejskiej społeczności, polityka władz jest zmienna i często sprzeczna, wciąż istotną rolę odgrywają napięcia polityczne towarzyszące instalowaniu nowego porządku komunistyczno-totalitarnego. Atmosfera szukania wrogów ludu, wytykania i prześladowania osób niepewnych ideologicznie i klasowo, urządzania się w nowej rzeczywistości przez nowokreowane elity z awansu społecznego – staje się udziałem także wsi podworskich. W latach powojennych wzrasta poziom demoralizacji. Brutalne i bezwzględne jednostki, bezkarne dzięki powiązaniom z aparatem bezpieczeństwa czy szerzej – z nowymi władzami, starają się, aby w zaistniałych warunkach osiągnąć jak największe korzyści, również uciekając się do przemocy i zbrodni. Niepokoje społeczne przychodzą na wieś falami, wywołanymi kolejnymi ważnymi wydarzeniami politycznymi – budową struktur PPR, tzw. referendum ludowym 1946 r. i wyborami do Sejmu Ustawodawczego. Wszystko rozgrywa się w atmosferze słabnącej, ale wciąż trwającej walki podziemia niepodległościowego z aparatem bezpieczeństwa. Stanowisko podziemia antykomunistycznego wobec reformy rolnej to kolejny złożony problem. Z jednej strony – AK i jego kontynuatorzy potępiali reformę rolną jako naruszającą prawo własności i zasady moralne. Z drugiej – sporą część żołnierzy leśnych formacji niepodległościowych stanowili synowie ubogich chłopów, dla których nadział ziemi stanowił kwestię być albo nie być w powojennej rzeczywistości. W książce znajdziemy relacje dotyczące usuwania palików pozostałych po dzieleniu działek, a także przypadków pobicia, a nawet zabicia uczestniczących w tej procedurze urzędników. Za sprawców uznano, częściowo słusznie – formacje leśne. Autorka ostrzega, że skala napadów i zwalczania procesu reformy rolnej przez formacje niepodległościowe mogła zostać zawyżona w źródłach (listy ze skargami, prace wysyłane na konkursy organizowane przez władze dla upamiętnienia reformy i pozyskiwania informacji z terenu), ponieważ liczono, że odpowiednio krytyczna opinia o żołnierzach niepodległościowego podziemia może pozytywnie wpłynąć na ocenę pracy lub skuteczność petycji do władz.

Dwór Karwackich w Paśmiechach (zdjęcie z ok. 1904 r.) [źródło: strona Foto Polska]
Dwór w Paśmiechach dzisiaj [źródło: strona Polskie dwory]

Ostatnim poważnym źródłem lęku nadzielonych chłopów były napływające plotki, że wkrótce rozpocznie się w Polsce kolektywizacja rolnictwa na wzór sowiecki. Polskie kołchozy miały powstać w pierwszym rzędzie z ziemi pochodzącej z reformy rolnej, która zostanie chłopom odebrana. Obawy częściowo się potwierdziły – do spółdzielni niektórych wcielano siłą – ale skala zjawiska i jego trwałość miała nieporównywalnie łagodniejszy przebieg i mniejszy zakres niż w Związku Radzieckim.

Władze dwoiły się, aby łagodzić obawy chłopów związane z reformą rolną. Zaczęto masowo organizować święta ku czci reformy i jej ukończenia – festyny, zabawy połączone z wręczaniem nagród i dyplomów lub po prostu aktów nadania ziemi. Planowane jako imprezy cykliczne i stałe, ważne elementy nowego kalendarza obchodów państwowych, nie przyjęły się i szybko zanikły, również w pamięci miejscowych mieszkańców.

“KAŻDY CHCIAŁ BYĆ NA SWOIM”. PARCELANTÓW DROGA DO SAMODZIELNEGO GOSPODARSTWA.

Uzyskanie ziemi podworskiej było dopiero początkiem długiego i trudnego procesu. Nadzielonym chłopom brakowało wszystkiego – od narzędzi, inwentarza żywego, nasion do wysiewu, po wiedzę. Nie wszyscy nadzieleni ziemią posiadali odpowiednią wiedzę i umiejętności gospodarowania ziemią rolną. Na wielu działkach nie było żadnego budynku – nie tylko gospodarczego, ale nawet mieszkalnego. Po wojnie wszystkim brakowało sprzętów i inwentarza. Użyczano go w pierwszym rzędzie rodzinie i sąsiadom. Kiedy wszyscy z niego skorzystali bywało już za późno na prace polowe. Nie bez znaczenia był też pogardliwy na wsi stosunek do nadzielonym ziemią dworską chłopów – z różnych powodów (o których jeszcze napiszę) nie chciano im pomagać.

Dla wielu nowych “właścicieli” potężnym obciążeniem okazują się obowiązkowe opłaty za uzyskaną ziemię. Okazuje się, że wbrew komunistycznej propagandzie ziemia pochodząca z reformy nie była za darmo. Władze komunistyczne odebrały właścicielom ziemię bez odszkodowania, ale chłopom ją odsprzedawały. Ceny nie były oczywiście – jak zastrzega Autorka – rynkowe, ale tylko ryczałtowe, zależne od wysokości plonów w danym sezonie. Od razu wpłacano 10% ceny, a kolejną część należności rozkładano na raty – na 10 lat dla małorolnych i na 20 lat dla bezrolnych. Spłata była jednak i tak sporym wyzwaniem dla nowych właścicieli spłachetków gołej ziemi. Wielu mu nie sprostało. W kolejnych latach powojennych skala ściągalności tych opłat wahała się zaledwie od 40%  do ok. 53,5 %. Z drugiej strony chłopi uwłaszczeni na pańskiej ziemi podkreślają, że jej nie dostali, ani nie ukradli, ale kupili od państwa.

Dwór Grodzińskich w Oblasie przed wojną [źródło: strona Polskie Zabytki]
Dwór w Oblasie współcześnie [źródło: strona Polskie dwory]

Działka położona daleko od miejsca zamieszkania, brak inwentarza żywego, wozu i konia, brak narzędzi, brak zabudowań, brak pieniędzy na inwestycje i do tego obowiązek zapłaty ceny – sprawiał, że gospodarowanie było trudne i nierzadko nowi właściciele poddawali się. Sprzedawano nadzieloną ziemię i przeprowadzano się do miasta lub na “ziemie odzyskane”. Co ciekawe – do tych wyjazdów, których w przypadku województwa kieleckiego do 1948 r. było bardzo dużo (wyjechało blisko 300.000 osób) – zachęcały same władze licząc, że wśród wyjeżdżających będą parcelanci, którzy porzucą ziemię, a tę będzie można na nowo przydzielić. Osoby starsze, którym przypadła ziemia wpadały często w pułapkę — nabywszy więcej niż 2 ha ziemi tracili prawo do zasiłku, emerytury lub renty. Mała działka nie zapewniała im środków do przeżycia. Dzierżawili więc swoje spłachetki w zamian za dach nad głową i jedzenie albo je sprzedawali.

Efekt nadziału ziemi w województwie kieleckim, którego dotyczy książka – przedstawiał się mizernie. Średni areał działki przyznanej chłopu bezrolnego wynosił 2,13 hektara, robotnikom rolnym – 2,07 ha, chłopom małorolnym – 1,43 ha. Po reformie nadal 61% gospodarstw rolnych stanowiły gospodarstwa małe i karłowate. Jak wspominał jeden z urzędników Samopomocy Chłopskiej w 1945 r. w powiecie olkuskim – doszło nie tyle do rozdrobnienia, co do “rozpylenia” ziemi – przydzielano działki po 0,25 a nawet 0,15 ha. Jak podsumowuje Autorka – “reforma rolna, choć w teorii usunąć miała bolączki polskiej wsi z jej anachroniczną postfeudalną strukturą własności i zależności, w istocie zakonserwowała na stulecia strukturę inną, równie nieefektywną, której kres położył kapitalizm”.

“DWÓR NIE WIEŚ, DWORUSY NIE CHŁOPY”. PRZEMIANA POPARCELACYJNEJ WSI.

Podział na “chłopów” i “dworusów” to bardzo ciekawy element struktury społecznej wsi przydworskich. Obie podgrupy mieszkańców podchodziły do siebie z rezerwą. Ich stosunek jest mieszanką poczucia wyższości i zazdrości. Z jednej strony “dworusy” to byli często ludzie biedniejsi, którzy pracowali na cudzej ziemi za wynagrodzeniem. Byli bezrolnymi najemnikami, co sprawiało, że bogaci gospodarze patrzyli na nich z góry. Z drugiej strony – zazdroszczono ludziom dworskim, szczególnie wyżej stojącym w hierarchii zawodowej, że nie musieli martwić się o dach nad głową i środki do przeżycia, bo dostawali pensję, a nierzadko mieszkali na terenie majątku. Różnica dała o sobie znać szczególnie w czasie okupacji, kiedy w zgodnej opinii wiejskich rozmówców – “dworusom” żyło się o wiele lepiej. Akcja parcelacyjna zaostrzyła antagonizmy, a nawet powodowała wrogość między obiema grupami. Głód ziemi sprawił, że wprost domagano się, aby ludzie dworscy zostali wyłączeni z podziału ziemi dworskiej, czego symbolem jest hasło “precz z dworusami na zachód”.

Podziały na wsi były stałym elementem, chociaż ewoluowały. Jeszcze w czasie okupacji podział przebiegał między partyzantką chłopską – Batalionami Chłopskimi, a pańską – czyli Armią Krajową. Po wojnie stracił on na znaczeniu na rzecz nowego – między starymi gospodarzami, a nowo nadzielonymi ziemią po parcelacji. Ci pierwsi gardzili drugimi, którzy dali się komunistom kupić za ziemię. Podział na chłopów i dworusów we wsiach podworskich – utrzymywał się nieprzerwanie – przed wojną, w czasie wojny i długo po jej zakończeniu.

Dwór Morstinów w Bieganowie przed wojną [źródło: strona Pracowni Projektowej Studio Cocoa]
Dwór w Bieganowie po reformie rolnej [źródło: strona Pracowni Projektowej Studio Cocoa]
Dwór w Bieganowie po 1989 r., po wyremontowaniu przez nowych właścicieli [źródło: Booking.com]

Ciekawym tematem poruszonym w tym rozdziale książki są dostrzegalne i odczuwalne na wsi podworskiej konsekwencje braku ziemiańskich gospodarzy. Pełnili liczne funkcje społeczne — animatorów życia społecznego i kulturalnego, opiekunów czujących odpowiedzialność za lokalną społeczność. O tym sporo napisano już książek i artykułów. Ziemianie fundujący kościoły i kaplice dostępne dla całej społeczności. Finansujący zwyczajowe prezenty dla nowożeńców, ale także pełniący funkcję ochronne świadcząc zapomogi w razie tragedii losowych i wypłacając pożyczki inwestycyjne. Kobiety ziemianki prowadzące kursy rolnicze i kucharskie dla kobiet ze wsi, ochronki dla dzieci. Dziedzic dbający o to, aby w niedzielę starsi mieszkańcy wsi mogli dojechać do kościoła na mszę (ludzie skarżą się Autorce, że jak dziedzica zabrakło to o  starszych nikt już się tak nie troszczył, a PKS, który mógł ich dowieźć do kościoła pojawił się wiele lat później, a potem i tak go zlikwidowano). Sytuacje takie jak w Pławowicach należących do Morstinów, gdzie dziedzic – pasjonat poezji i teatru zorganizował inscenizację Antygony, w której obsadził okolicznych chłopów – to historia anegdotyczna, ale prawdziwa.

“ZACZĄĆ WSZYSTKO OD NOWA”. ZIEMIANIE BEZ ZIEMI.

To bardzo przejmujący rozdział. Ziemianie wyrzuceni z piętnem obszarników i krwiopijców z własnych domów, które były jednocześnie ich miejscem pracy i źródłem utrzymania, próbują nie tyle ułożyć sobie życie na nowo, ile po prostu – przeżyć. W kieleckiem poległo w czasie wojny aż ok. 30% mężczyzn z rodzin ziemiańskich. Sytuacja wyrzuconych z domów ziemiańskich wdów mających pod opieką liczne potomstwo bywała po wojnie tragiczna. Podobnie ciężki los dotyka ludzi samotnych, starych i schorowanych. Wielu z nich nie radzi sobie w nowej rzeczywistości. W tym rozdziale nie brakuje tragicznych historii samobójstw, alkoholizmu, depresji, życia w nędzy. I tu ważne zastrzeżenie – z 12 wsi dworskich, których historie opisano w książce, tylko w przypadku dwóch nie udało się ustalić czy ludzie ze wsi pomagali dawnym panom w potrzebie. W przypadków pozostałych 10 są jednoznaczne, potwierdzone dowody, że wieś pomagała. Do miejsc, gdzie osiadły rodziny ziemiańskie wysyłano paczki z żywnością, nierzadko zawożono je osobiście. W pierwszych latach po reformie zdarzało się też, że wypuszczony z więzienia UB ziemianin, schorowany i wynędzniały trafiał do swojej dawnej wsi, gdzie wedle nowych zasad nie wolno mu było przebywać – szukając schronienia. Znany jest przypadek, gdy ludzie ze wsi wzięli go pod opiekę, aby doszedł do sił i wzmocnił się przed wyruszeniem w świat. Niestety,  umarł od chorób i wycieńczenia wyniesionych z komunistycznych katowni.

Ziemianie próbując urządzić swoje życia na nowo imali się przeróżnych zajęć. Najchętniej podejmowali pracę w rolnictwie. Na farsę zakrawa fakt, że zatrudnienie znajdowali często w… państwowych urzędach ziemskich zajmujących się gospodarowaniem w zabranych ziemianom majątkach. Komuniści cierpieli na brak fachowych rąk do pracy. Niestety, już niedługo rozpoczęto aresztowania byłych ziemian pod sfingowanymi zarzutami niegospodarności i kradzieży. Wielu z hańbiącymi wyrokami za kradzież i malwersacje finansowe trafiało do więzień. Ci, którym udało się ukryć, przejściowo znajdując zatrudnienie w placówkach takich jak uniwersytety i uniwersyteckie biblioteki, po odkryciu ich ziemiańskiego pochodzenia tracili pracę.

W pierwszych latach powojennych ziemiańska młodzież nie mogła liczyć na dostanie się na wymarzone studia. Autorka przytacza przykłady odgórnego obniżania o jeden stopień ocen dzieci ziemiańskich, czy zmuszania ich już w szkołach podstawowych do publicznego potępiania “kułactwa” i “obszarnictwa”, czyli własnego dziedzictwa i własnych rodzin. A jednak w latach apogeum stalinizmu ok. 62% studentów stanowili przedstawiciele “klas dawniej uciskanych”. Prawie 40% rekrutowała się z dawnej burżuazji i ziemiaństwa, a więc nadal całkiem sporo.  Latwiej było dostać się na uniwersytet czy uczelnię poza największymi ośrodkami miejskimi. Z upływem czasu dostanie się na studia przez dzieci ziemiańskie było coraz bardziej możliwe (nadal jednak na ogół z wyjątkiem kierunków prestiżowych – prawa, medycyny, architektury itp.). Istotne znaczenie miał także fakt, że w latach powojennych większość grona profesorskiego stanowiła kadra przedwojenna – wywodząca się z dawnej inteligencji. Wielu młodych ludzi protekcja uratowała przed różnymi poważnymi konsekwencjami – relegowaniem ze studiów czy zaciągiem do wojska. Kapitał społeczny ziemian – znajomość języków obcych, kontakty rodzinne i środowiskowe, wychowanie — ułatwiały przeżycie w trudnych warunkach.

Dwór Walewskich w Kowali, okres międzywojenny [źródło: strona Czytam po polsku
Dawny dwór Walewskich w Kowali po przebudowie w latach 60. XX w. [źródło: Internetowy Kurier Proszowski]

Powrót ziemian do swoich wsi w odwiedziny u rodzin dawnych pracowników majątku to kolejna tworzy kolejną w tej książce kolekcję barwnych i wzruszających opisów i scen. Ziemianie cierpią na widok popadających w ruinę dawnych domów rodzinnych. Odnajdują w domach dawnej służby pamiątki rodzinne, meble, obrazy, sprzęty domowe. Część mieszkańców wsi jest im nieprzychylna, a nawet wroga. Inni witają ich z radością, jeszcze inni są nieufni – czy wrócili po swoje? czy będą odbierać? Przeważają (przynajmniej na kielecczyźnie) zachowania przyzwoite, a nawet wzruszające. Dawni fornale odwożą “dziedzica” na pociąg, oddają rodzinne pamiątki wzięte na przechowanie, przyznają się co wzięli i słyszą z ulgą, że mogą sobie zatrzymać – lustro, konia, powóz, szafę. Wzruszające są opisy mieszkańców wsi biorących masowo udział w pogrzebach byłych ziemian w mieście, niosących na ramionach trumnę “dziedzica”, biorących w opiekę grobowce rodzinne na cmentarzach przydworskich. Co ciekawe, ci z ziemian, którym udało się ponownie stanąć na nogi – wspomagali dawnych poddanych. W książce znajdziemy opis paczek wysyłanych przez dawnego dziedzica mieszkającego na wygnaniu w mieście do dawnej służącej, której córka umarła i osierociła pięć małych córeczek. Dwa cytaty z wywiadów, które dobrze zilustrują te wzruszające momenty:

o wizycie dawnej właścicielki majątku Kowale, Marii Walewskiej na swojej ziemi rozdanej w reformie chłopom:

“Ja pamiętam taki dzień, Pani Walewska przyjechała pociągiem, przecież nie było żadnych pojazdów […] I szła, a na tych łąkach pani Walewskiej kwitły kaczeńce i maślanki […] Zapach, czajki krzyczały. A ona z laską stanęła i zaciągała się tym zapachem. Mama moja mówi – ‘leć no, leć, to przyjdzie tą drogą’. Ale nie chciałem iść. Wstydziłam się. Bać się nie bałam, ale wstydziłam się…”

O pogrzebie zmarłego dziedzica Kowali Aleksandra Walewskiego w Radomiu w 1946 r. z udziałem mieszkańców wsi:

“Przed pogrzebem przyszli tam, gdzie oni mieszkali, na Żeromskiego, do babci przyszli i ktoś mówi: ‘Jesteśmy tu wszyscy’. I na pewno cala służba folwarczna i większość wsi. Proboszcz przyjechał i wikary. W każdym razie cała wieś. I nieśli go fornale i mieszkańcy wsi, zmieniając się, nieśli go”.

“I TAK NAM TEN DWÓR ZMARNIAŁ POTEM”. DWORSKA PRZESTRZEŃ PO REFORMIE.

Dwory podzieliły w większości los swoich dawnych właścicieli. Tylko w nielicznych, które nie spełniały przesłanek reformy rolnej, a więc nie były elementem gospodarstwa rolnego powyżej 50 ha, udało się przetrwać przedwojennym właścicielom, chociaż i tutaj nie brakowało nadużyć i poddawano parcelacji majątki mniejsze, a te pozostawione ziemianom obkładano wyższymi podatkami i świadczeniami w naturze. Większość dworów została opuszczona i z czasem zaczęła popadać w ruinę. O najbardziej zniszczonym w efekcie opuszczenia i braku opieki, a także pomysłu na nowe zagospodarowanie dworu we Wlonicy świadek mówi tak:

“Zapuszczały, wszystko zniszczyły, wszystko. Teraz to jest rudera. […] Teraz jak się powprowadzały, to kochana, tam, co dach jest, co tam były takie poprzeczki, czy coś, to wszystko powycinały, bo na palenie. Ludzie były takie do niczego, nic nie dbały. No i tak się to skończyło […] Aj, pani, co to było. Ciemnota. Człowiek też nie był za bardzo, ale jakoś tam…”.

Przekroczenie granicy majątku, chociaż nie strzegła jej już brama, ani właściciele – było dla mieszkańców wsi doświadczeniem szczególnym. Co prawda, krótko po opuszczeniu dworów przez właścicieli rozpoczynała się na masową skalę grabież, ale potem nierzadko dwór stał latami opuszczony. W części dworów urządzono siedziby instytucji publicznych – świetlice, biura, szkoły, biblioteki. W innych – mieszkania. Najpierw osiadali w nich najubożsi. Zajmowali pomieszczenia bez przydziału i podstawy prawnej. Przyspieszali dewastację np. wybijając dziury w ścianie, aby wstawić kozę grzejącą pomieszczenie. Nie dokonywali remontów – bo po pierwsze to nie była ich własność, a po drugie – nie mieli na to środków. Kiedy dach przeciekał na piętrze, sprowadzano się na parter. Z czasem zaczęto kwaterować tam rodziny w ramach urządzanych mieszkań komunalnych. Na kortach tenisowych okoliczna młodzież grała w piłkę. Na podwórkach i w parkach organizowano festyny ludowe. Starodrzew z parków przydworskich nierzadko wycinano. Część dworów płonęła za sprawą “nieznanych sprawców”. Ruiny są cenionym przez okoliczną ludność źródłem pozyskiwania darmowego materiału budowlanego.

Wyniki dzieła zniszczenia najlepiej ilustruje statystyka. Za dr. Maciejem Rydlem Autorka podaje, że z 15.000 dworów istniejących w Polsce przed wojną (nie wliczając dworów na Kresach Wschodnich i na “ziemiach odzyskanych”) do dzisiaj przetrwało 3.000, z czego aż 2.000 w ruinie.

“WSZYSCY WE WSI WIEDZĄ”. DŁUGIE TRWANIE REFORMY.

Ostatni rozdział nawet na tle książki, która  w całości jest wyjątkowo ciekawa, zasługuje na szczególne wyróżnienie. Napiszę o nim najmniej, aby bardziej zachęcić czytelników do lektury. Z tego rozdziału dowiemy się jak trwałe podziały we wsiach podworskich wywołała reforma rolna oraz jak bardzo różnią się one do dzisiaj od sąsiednich wsi, w których nie było dworu i dziedzica. Dowiemy się o tym co najmłodsze pokolenia mieszkańców wsi sądzą o reformie. Dowiemy się o – na ogół nieudanych, a nierzadko dramatycznych – próbach powrotu dawnych właścicieli do odebranych ich przodkom majątków pod koniec lat 80. XX w. i szczególnie po 1989 r. (Polska jako jedyny kraj w Europie nie przeprowadziła reprywatyzacji). Dowiemy się o różnych postawach byłych ziemian i ich różnym stosunku tak do reformy, jak i do pomysłu, aby powrócić do rodowych siedzib. Wreszcie – dowiemy się o losach tych, którym udało się dwory odzyskać (na ogół odkupić) lub wejść w ich posiadanie pomimo braku jakichkolwiek związków rodzinnych z wsią – czyli o starych i nowych dziedzicach. Co sądzi wieś o nowych mieszkańcach dworów, czy uznaje ich za nowych panów i dziedziców, czy jest do nich nastawiona wrogo, przyjaźnie czy obojętnie? Poznamy kilka historii właścicieli dworów – tych z pozytywnym i tych z negatywnym zakończeniem.

XVIII wieczny pałac Radziwiłłów w Sicheni Dużej – po zniszczeniach po reformie rolnej i dzisiaj. Pałac po aresztowaniu Radziwiłłów zajmowali Niemcy, potem armia radziecka, wreszcie został podzielony na mieszkania dla robotników rolnych. Pałac odkupił i wyremontował Stefan Dunin-Wąsowicz – krewny Radziwiłłów i doprowadza do dawnej świetności. [źródło: profil facebookowy Fundacji Rekonstrukcji i odbudowy]

W rozmowach ze współczesnymi mieszkańcami wsi przewija się temat niesprawiedliwości, jakiej doświadczyli dawni właściciele. Żal z jakim mówi się o zniszczeniu dworów dotyczy jednak nie substancji zabytkowej czy dawnego ustroju wsi, ale faktu, że przestrzeń czy budynek, który mógłby służyć całej społeczności, niszczeje i marnuje się. Dlatego powszechny jest pozytywny stosunek do nowych właścicieli – byleby chcieli coś w tym dworze urządzić. Część ludności źle reaguje na próby zamknięcia kupionych parków okołodworskich. Inni – uznają to za normalną kolej rzeczy i chociaż nowy właściciel pozostawia bramę otwartą – nie wchodzą na teren cudzego już parku. Mieszkańcy doceniają próby otwarcia się na wieś przez nowych właścicieli – np. poprzez organizowanie wycieczek po odnowionym dworze. Ciekawość – jak wygląda nie tyle dwór, ale dawna szkoła, gdzie ktoś się uczył w dzieciństwie, czy biuro, w którym pracował – po rewitalizacji odkupionych obiektów dworskich zachęca mieszkańców do odwiedzin. Zadowolenie i uznanie za uratowanie i przywrócenie budynkom atrakcyjnego wyglądu towarzyszy rozczarowaniu, że w urządzonych tam hotelach i restauracjach mieszkańców wsi nie stać na więcej niż czarną kawę, bo już kawałek ciasta kosztuje tyle, co w dużym mieście.

W podsumowaniu Autorka zwraca m.in. uwagę na fakt, że reforma rolna nie ma mocy symbolicznej porównywalnej do aktu zniesienia pańszczyzny. Dzisiaj mało kto przywiązuje do niej wagę. Dotknęła i dotyczyła właściwie tylko dwóch grup społecznych – ofiar i beneficjentów – ziemian oraz bezrolnych i małorolnych chłopów. Nie zmieniła znacząco sytuacji na wsi, nie zaspokoiła głodu ziemi. Doprowadziła za to do zagłady świata ziemian i ich siedzib oraz ogromnego zmarnowania zasobów. Ponadto pogłębiła wcześniejsze podziały wiejskiego środowiska i stała się źródłem nowych konfliktów.

Książka p. dr Anny Wylegały skłania do przemyśleń i zadumy nad tragiczną i wciąż mało znaną historią Polski XX wieku. Co ważne – nie należy do żadnego z głównych nurtów, w których ukazuje się dzisiaj ten trudny i złożony okres polskiej historii. Nie jest ani przykładem modnej szczególnie ostatnio literatury “chłopochwalczej”, która dostarcza czytelnikowi nieprawdziwy, bo stronniczy obraz wyłącznie krzywdy doświadczanej przez chłopów rzekomo stale i od wieków ciemiężonych przez szlachtę i ziemian – krwiopijców i sadystów. Nie należy także do równie subiektywnego i często stronniczego nurtu literatury pro-ziemiańskiej, gdzie każdy ziemianin jest wzorem cnót, a każdy chłop – jeżeli nie złodziejem i obibokiem, to co najmniej osobą podejrzaną i skłonną do najgorszych czynów. Książka będąca bardzo solidną pracą naukową opartą na rzetelnych badaniach wypełnia lukę w polskiej literaturze dotyczącej reformy rolnej, która jest nadal bardzo skromna. Trudno w to uwierzyć, ale praca p. dr Anny Wylegały jest pierwszą monografią naukową na ten temat. Jednocześnie ma wyjątkowy dla monografii naukowych walor – jest napisana przystępnym dla laików językiem, piękną polszczyzną i potoczystym stylem.

Autorka przeprasza pod koniec książki, że chociaż starała się, to nie udało się jej ustrzec przed wpleceniem w treść książki emocji, zapisów własnych uczuć i stosunku do opisanego tematu. Zapewniam, że tych wtrąceń jest bardzo mało, a każde jest wyważone, delikatne i wyraźnie zaznaczone. Te emocje nie są wadą, ale stanowią o dodatkowej wartości książki.

Szczerze polecam książkę p. dr Anny Wylegały.

Anna Wylegała “Był dwór, nie ma dworu. Reforma rolna w Polsce”. Wydawnictwo Czarne, 2021 (I wydanie) i 2022 (II wydanie). 390 s.

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *