Polacy są narodem, który uwielbia odwiedzać cmentarze.
Ale czy pamięta o co chodziło ludziom, którzy tam leżą?…
W 2005 r. przypadła 10. rocznica powstania Związku Szlachty Polskiej. Powstał on w reakcji na wielokrotne apele samej szlachty, która widziała sens i potrzebę powołania organizacji reprezentującej interesy środowiska niegdyś prężnego, wpływowego, a co ważniejsze, mającego fundamentalne znaczenie dla historii i kultury Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Szlachta przetrwała mroczne dzieje epoki rozbiorów, krwią i życiem odkupując wszystkie winy swoich przodków, którzy przyczynili się do upadku Królestwa. Symbolem tej pokuty i zadośćuczynienia są osoby Józefa Piłsudskiego herbu Kościesza odmienna i Romana Dmowskiego herbu Pobóg – głównych współtwórców niepodległej II Rzeczypospolitej. W okresie międzywojennym szlachta obecna we wszystkich środowiskach zawodowych od robotników po profesorów, artystów i polityków odbudowywała państwo polskie, już republikańskie. Po hekatombie II wojny światowej, która zdziesiątkowała ówczesne pokolenia Polaków, w tym polskiej szlachty, na zgliszczach Polski przedwojennej zbudowano nowy system. Po raz pierwszy głównym wrogiem uczyniono polskie elity. Elity intelektualne, kulturalne oraz elity urodzenia. Nigdy dotąd bycie szlachcicem i przyznawanie się do tego faktu nie oznaczało represji, uciążliwości w życiu codziennym, szykan czy w późniejszym okresie – drwin i ośmieszania. Zaiste diabelski był to plan, aby elitę narodową ośmieszać w podręcznikach, z których uczyły się najmłodsze pokolenia tegoż narodu. Niestety plan okazał się diabelsko skuteczny.
Upadek systemu PRL umożliwił pierwsze od lat „okazanie wojska”, pierwsze sprawdzenie, ilu nas pozostało. Kiedy w 1995 r. opublikowano słynną dziś książkę K. Jasieckiego „Lista strat ziemiaństwa polskiego 1939-1956” czytelników nie przeraziła najbardziej liczba odnotowanych przypadków ani nawet rodzajów śmierci, jaka stała się udziałem środowiska ziemiańskiego (pamiętajmy, że ziemianie to przecież nie tylko szlachta i nie cała szlachta) – a była to śmierć na ogół tragiczna, nierzadko męczeńska, książka wręcz spływa krwią. Jak złowieszcze memento pobrzmiewa data zamykająca opisywaną cezurę: rok 1956. 11 lat po wojnie. 11 lat po kapitulacji hitlerowskich Niemiec i ich sojuszników. 11 lat od nastania w Polsce pokoju. Dowodzi to, że były dwie Polski, ta wolna, chociaż podziemna i utajona, w której zawsze aktywny i główny udział brała szlachta i ta zniewolona, w której jak w krzywym zwierciadle tworzyły się zniekształcone odbicia rzeczywistości – rzekomy pokój, który nie przeszkadzał mordować i torturować ludzi, rzekomo polskie władze – z sowieckiego nadania, rzekome elity – z nominacji komunistycznej monopartii, rzekoma wolność pod totalitarnym butem, rzekoma historia poszarpana nożem cenzora, rzekoma Polska…
Pięknym faktem – bo dowodzącym nie tylko fizycznego przetrwania, ale również woli kontynuowania odwiecznego dzieła strażników kultury i tradycji – był ten spontaniczny apel szlachty z pierwszej połowy lat 90. XX wieku o powołanie organizacji szlacheckiej. Powstało ich wiele. Przetrwała jedna. Dzisiaj, po ponad 10 latach istnienia Związku Szlachty Polskiej należy postawić pytanie o jego sens, oceniając z perspektywy czasu zarówno zasadność jego założenia, jak i celowość dalszego istnienia. Powstrzymam się od udzielenia odpowiedzi, ponieważ pragnę, aby każdy z Czytelników uczynił to sam, po lekturze artykułu. Ograniczę się do przemyśleń ogólniejszej natury.
Organizacja stawiająca sobie za cel reprezentowanie środowiska i dbanie o jego interesy może istnieć tylko w warunkach, gdy środowisko to faktycznie istnieje, a co najmniej istnieją osoby, które takie środowisko chociażby nieformalne, tworzą, lub tworzyć mogą (i warto dodać – chcą). W tym ostatnim przypadku pierwszym celem organizacji jest budowa czy odbudowa środowiska, aby w kolejnym okresie już razem, jako ś r o d o w i s k o realizować dalsze cele, które są właściwymi celami istnienia i powołania organizacji. Zjednoczenie środowiska to tylko cel pośredni, jedynie etap. Grupa ludzi, która może potencjalnie tworzyć środowisko szlacheckie w Polsce sięga liczebnie kilku milionów. To wielkość szacunkowa, bo brak ścisłych danych, ale można uznać ją za bliską prawdy. Grupa, która c h c e tworzyć środowisko to w przybliżeniu liczba członków organizacji. Ci, którzy są gotowi pracować dla organizacji – to osoby sprawujące w niej różne funkcje i wypełniające swoje obowiązki, oczywiście w sytuacji, gdy nie otrzymują za to żadnej gratyfikacji o charakterze materialnym czy innych wymiernych korzyści. Kiedy liczebność członków organizacji pozostaje w rażącej dysproporcji do potencjalnej liczebności środowiska powstaje pytanie o sens działania organizacji, a jej rola jako „reprezentanta środowiska” staje się najwyżej pobożnym życzeniem. Powstają pytania tak fundamentalne, jak kwestia siły i spójności środowiska, którego nie stać na zbudowanie swojej organizacyjnej reprezentacji, któremu brakuje jednostek aktywnych, zdolnych pociągnąć za sobą pozostałych, któremu brakuje idei przewodniej na tyle atrakcyjnej, że jest w stanie przyciągnąć ludzi i zachęcić ich do działania.
Aktywność osób funkcyjnych może też być iluzoryczna – oznacza to, że organizacja trwa głównie dla spełnienia ambicji do posiadania tytułu, funkcji, dodatku do nazwiska. Czasem bycie osobą funkcyjną jest formą podwyższenia samooceny, pomaga zaistnieć w innych środowiskach. Takie sytuacje są jednoznacznie negatywne.
Środowisko istnieje, jeśli jest grupa ludzi, których z jednej strony łączy pewna cecha, a z drugiej strony – cecha ta (lub cechy) odróżniają ich od innych ludzi. Na takiej zasadzie działa każda branżowa czy środowiskowa organizacja. W zależności od tego, jak dalece i w jaki sposób cechy te oddziaływują na samą działalność, tak bardzo organizacja zbliża się lub oddala od oceny pozytywnej, a co za tym idzie – oceny sensowności jej istnienia. Organizacje branżowe opierają się z jednej strony na kryterium kwalifikacji, których posiadanie umożliwia zostanie członkiem. Z drugiej strony, takie organizacje wytwarzają reguły postępowania członków, kodeksy etyczne lub reguły rzetelnego wykonywania zawodu. Znamy kodeksy etyczne prawników, lekarzy, czy zasady dobrej praktyki kupieckiej, rzemieślniczej itd. tworzone przez organizacje zawodowe. Nie inaczej w organizacji szlacheckiej – są dwie grupy cech, o których tutaj mowa. Wyznaczają minimum i maksimum organizacyjne. Spełnienie minimum to konieczność, dążenie do maksimum to cel. Minimum to genealogia. Szlacheckie pochodzenie jest warunkiem sine qua non przynależności do organizacji szlacheckiej. Znajomość genealogii jest konieczna, ale niewystarczająca, aby grupa genealogicznych szlachciców tworzyła środowisko. Można powiedzieć, że poza genealogią prawie wszystko szlachtę różni – bo i zwyczaje poszczególnych ziem, status majątkowy szaraczków i magnatów, różnorodność religijna, herby, prawo poszczególnych członów dawnej Rzeczypospolitej, udział w historii – tej wielkiej, europejskiej w przypadku magnatów i tej lokalnej, mało lub w ogóle nie znanej – w przypadku szlachty drobnej, która liczebnie przeważa w szlacheckich szeregach. Nawet stroje, mody i poglądy różniły przez wieki naszych przodków. A jednak jest silny czynnik, który może połączyć członków organizacji, stać się celem działalności i ideologią środowiska. Jest to etos rycerski, zbiór odwiecznych zasad stanowiących fundament szlacheckiej tożsamości i kodeksu rycerza lub damy. Dla szlachty wyłącznie genealogicznej wystarczy klub miłośników genealogii, towarzystwo poszukiwaczy korzeni rodowych. Genealogia jest pożyteczna i potrzebna, ale nie tworzy spoiwa szlacheckiego środowiska – które ma budować tożsamość członków, wychowywać kolejne pokolenia, stawiać mu cele, trwać, a nie tylko przetrwać. Czysta genealogia, bez krzty zabarwienia moralnego, które wysokiemu urodzeniu nada przymiot zaszczytnej służby osobom w różnym sensie słabszym – na ogół przynosi próżne samozadowolenie, gnuśność niezasłużonej, a wysokiej pozycji, ekwiwalent osiągnięć własnych w postaci kolekcji karier i osiągnięć przodków. Rozbudowane drzewo genealogiczne z herbem w domu człowieka o prostackich manierach, o mentalności pazernego dorobkiewicza, dla którego nie ma okazji, której nie można wykorzystać dla siebie, zapatrzonego na siebie samego – to tylko jedna z odmian zjawiska, które czasem przybierało postać tak drastyczną jak znane przypadki genealogicznej szlachty w szeregach komunistycznej bezpieki, szmalcowników z sygnetem na palcu, czy dzisiaj popularnego obrazka aferzysty – biznesmena złodzieja z herbowym przedimkiem w nazwisku, czy herbem w „logo” firmy. Ale oprócz obrazków drastycznych mamy też przykłady nieco lżejsze, ale również zasługujące na potępienie i napiętnowanie – rzesze szlacheckich snobów epatujących emblematami i chełpiących się koligacjami i parantelami, szczególnie wobec ludzi niższego stanu. Zamiast dodawać blasku rodowej tradycji plamią nazwisko zachowaniem niegodnym człowieka szlachetnego.
Czy więc organizacja szlachecka jest potrzebna? I komu jest ona potrzebna? Odpowiedzi są dwie:
TAK. Jest potrzebna, jeśli istnieje środowisko szlacheckie lub chociaż szansa na jego odbudowę. Środowisko istnieje, jeśli są ludzie, którzy je tworzą. A szlachta to nie tylko genealogia i już nie przywileje polityczno-ekonomiczne. Pozostały wartości, trudne do wypełniania w dzisiejszych czasach – nastawionych na karierę, samolubnych, zmaterializowanych i ześwieczczonych. Dlatego tak śmieszą uzurpatorzy, którzy używają emblematów szlacheckości, aby poczuć się szlachtą. Ale już nie śmieszy szlachta, która na owych emblematach poprzestaje. Nieskora do współpracy, do działania w interesie ogółu, który stawiałaby ponad własnym, partykularnym dobrem. To gorsze niż uzurpacja. To swoista wtórna uzurpacja, która niczym wtórny analfabetyzm ludzi z dyplomem wyższych studiów – dotyka szlacheckich szeregów. Środowisko szlacheckie istnieć może dzięki tożsamości opartej na wartościach, świadomości swojej roli w społeczeństwie i usilnej pracy nad realizacją owego programu. Hasła najpiękniejsze stają się pustym sloganem, jeśli na hasłach się poprzestaje.
NIE. Nie jest potrzebna organizacja szlachecka, jeśli umarła lub umiera idea szlachty – środowiska ludzi świadomych nie tyle swoich korzeni (bo genealogią interesują się dzisiaj wszyscy), ale obowiązków wynikających z noszenia nazwisk historycznych, nazwisk, które kiedyś noszone były przez ludzi, dla których słowa: ojczyzna, honor, patriotyzm, godność, bezinteresowność, służba – miały sens pojmowany intuicyjnie, wypełniany odruchowo i naturalnie – bez konieczności wykładów, budzenia świadomości czy dydaktyki. Nie jest szlachcicem człowiek w żupanie czy z sygnetem na palcu. Szlachta to krew i czyny.
Zapraszamy do dyskusji. W niniejszym numerze znajdą Państwo statut i deklarację stowarzyszenia. Piękne słowa. Jest również kronika wydarzeń minionych 3 lat. Są więc czyny. Jest i łyżka dziegciu: jest nas ledwie kilkuset członków, z tego kilkudziesięciu zaangażowanych. Pismo ukazuje się po 3 latach przerwy. Czy szlachta polska tworzy środowisko 15 lat po nastaniu w Polsce wolności? Czy środowisko to stać na stworzenie i zabezpieczenie na przyszłość swojej reprezentacji? Czy szlachta ma dzisiaj do odegrania jakąś rolę, tak jak odgrywała ją przez wieki, czy jesteśmy pokoleniem grabarzy szlacheckości? Czekamy na opinie. Czekamy na głos polskiej szlachty. Czekamy na nowych Członków Związku.
Marcin Michał Wiszowaty
Tekst opublikowany w „Verbum Nobile”, 2007, nr 16.
Dzień dobry Panu,
TAK, Ojczyzna potrzebuje wartości, które przyświecały Tym, którzy oddawali życie za tę Najjaśniejszą Rzeczpospolitą. Potomkowie szlachty powinni wziąć tę moralną odpowiedzialność na swoje barki. Nikt inny tego nie dokona dla przyszłych pokoleń Polaków. Idea honorowego postępowania musi wrócić do Naszego DNA. Przepraszam, my ją wciąż mamy, ale jest uśpiona. Znów nadszedł czas pozytywizmu, gdyż tym razem dopiero po nim nastąpi piękny czas romantyzmu polskiego. Nadzieja umiera ostatnia…
Nadszedł czas pracy dla Narodu. Ciężkiej pracy. Musimy odrodzić elity na miarę Ignacego Paderewskiego.
Z poważaniem,
Paweł Kozłowski