Byłoby chyba korzystne dla narodów, aby nie miały szlachty dziedzicznej i aby szlachectwo nadawano za zasługi osobiste tym, którzy będąc pożytecznymi dla państwa sami zasłużyliby sobie na wyróżnienie spośród ogółu obywateli. Czyż wątpliwa zasługa pierwszych szlachciców państwa, rzekome zasługi oddane ojczyźnie winny być nagradzane bez końca, w okresie późniejszej ich bezużyteczności dla kraju? Tytuły, przestarzałe pergaminy, przechowywane w gotyckich zamkach dajążli prawo tym, którzy je odziedziczyli, do ubiegania się o najbardziej zaszczytne miejsca w Kościele, na dworze, wśród szlachty togi i miecza, nie mając zresztą żadnych talentów koniecznych dla ich godnego piastowania? Jeżeli szlacheccy wojownicy mogli się kiedyś przyczynić z narażeniem życia do zdobycia jakiegoś królestwa albo do złupienia prowincji, to czyż ich potomkowie mają się jeszcze uważać za uprawnionych do maltretowania wasali, uciskania rolników, egzekwowania uciążliwych obowiązków, okrutnych służebności, aby wreszcie zrzucić na pracowite ubóstwo podatki, które winni płacić tylko bogaci[note]W Wielkiej Brytanii lordowie i parowie zasiadający i głosujący w wyższej izbie parlamentu są jedynymi, których uznaje się za szlachciców. Gentlemeni albo szlachcice (gentils-hommes) z najstarszych nawet rodów nie są w żaden sposób wyróżniani spośród innych obywateli. Bracia feudała albo szlachcica nie mają innej rangi w państwie poza tą, którą osiągają swoimi usługami albo osobistą dzielnością. We wschodnich rządach tylko urzędy zapewniają szlachectwo, które nie jest dziedziczne[/note].
Pozostawmy sprawiedliwości ustawodawców troskę roz ważenia owych pretensji; niechaj zbadają, czy nie kolidują one zasadniczo ze szczęściem narodu; niechaj bez uprze dzeń rozważą, czy dziedzicznie przekazane szlachectwo nie służy krzewieniu nierozsądnej próżności wśród tych, którzy nim się cieszą, a upodleniu i zniechęceniu rzeszy obywateli pozbawionych szlachectwa.
Jeżeli szlachectwo musi być przekazane z krwią, jeżeli ono orzeka o zasłudze i cnotach przodków, to ustawodawca winien odebrać jego prerogatywy tym, którzy nie robią nic dla kraju, i degradować sromotnie każdego szlachcica splamionego podłościami i zbrodniami. Czy istnieje większa sprzeczność od tej, która zachodzi między szlachectwem a niską interesownością szlachciców pozbawionych uniesień duszy, wspaniałomyślności, miłości do ojczyzny, przywiązania do dobra publicznego, ukochania wolności, sympatii do swoich współobywateli?[note]Wyraz szlachcic (noble), po łacinie „nobilis“, pochodzi od „notus“, tzn. znany, znakomity, wyróżniający się. Wyraz szlachetny (généreux) pochodzi od łacińskiego „genus“ — ród. Tak więc sądzono, że ród albo urodzenie narzucało niektórym obywatelom obowiązek wyróżniania się, by odznaczali się uczuciami wyższymi niż inni ludzie[/note].
Czyż te dyspozycje, którymi każdy człowiek naprawdę szlachetny i dobrze urodzony winien się odznaczać, można pogodzić z duchem służalczości, spotykanej tak często u możnych spodlonych u stóp despotyzmu i tyranii, jak również u szlachty szczycącej się swymi kajdanami, aroganckiej w stosunku do reszty społeczeństwa, gardzącej pozostałymi obywatelami? Nie ma — powiada pewien starożytny — bardziej godnego pogardy niewolnictwa od tego, które jest dobrowolne. Tymczasem właśnie nim szczyci się tak wielu szlachciców, wyobrażając sobie, że płaszczenie się przed dworem dodaje im blasku. Przesądy tak zaślepiły szlachtę, że uważa ona, iż samo jej upodlenie winno być dla niej chwalebne. Szlachcice, którzy mają przywilej żebrania u tronu, zginania pokornie karku przed tyranem i jego niecnymi faworytami uważają się za istoty bardziej dostojne i bardziej zasłużone niż ci, którzy cieszą się w swoich posiadłościach niezależnością i wolnością!
Nieroztropni władcy zbyt przyczyniali się do prawdziwości takich przesądów. Dostrzegali tylko tych, którzy ich otaczali. Sądzili, że widzą cały swój naród w swoim dworze, w swoich dworzanach, w pyszałkowatej świcie, która — jak sobie wyobrażali — nieodzowna jest dla ich chwały. Pogląd tak naiwny i fałszywy przyniósł we wszystkich niemal krajach jak najgorsze skutki dla narodów, dla panujących oraz dla samych dworzan. Zapomniany lud został oddany na pastwę możnych, to znaczy sług króla, urzędników władcy; ci faworyzowani lokaje stawali się panami domu, narzucali władzę monarchom i uciskali lud pozbawiony naturalnych sprzymierzeńców. W ten sposób zrodził się systematyczny rozbój znany pod imieniem rządu feudalnego, którego mniej lub bardziej wyraźne ślady odnajdujemy jeszcze we wszystkich państwach współczesnych[note]Ten dziwaczny rząd pozostał jeszcze, w całym swoim szaleństwie, w Polsce, dostarczającej dzisiaj całej Europie godnego ubolewania widoku zła, które może czynić swojej ojczyźnie niesforna, szalona, skłócona szlachta, której nie jest w stanie pohamować jej zwierzchnik. Despotyzmowi udaje się uspokajać zamieszki wywoływane przez szlachtę; tyrania zastępuje anarchię.[/note]
Szlachcice związani z dworem okazują również zbyt często nieuzasadnione jak i nader złowrogie dla władcy zuchwalstwo. Ich wygórowane pretensje, ich liczne żądania zubożają go i doprowadzają do rozpaczy, i to nawet pośród najbogatszych narodów. Te, mimo pracy, przedsiębiorczości, podatków, którymi są przeciążone, nie mogą nigdy zaspokoić żarłoczności tłumu szlachciców albo aroganckich niewolników, którzy bez przerwy przeciwstawiają się oszczędnościom, ładowi, poprawie doli ludu.
Niesprawiedliwość kończy się zawsze przysparzaniem nieszczęśliwców. Nawet najhojniej szafujący bogactwami swojego ludu władca nie jest w stanie wzbogacić wszystkich swoich dworzan. Jeśli znajdzie się paru faworytów, którzy tuczą się kosztem ojczyzny, to reszta rujnuje się oczekując na uczestnictwo w łasce otrzymania narodowych łupów. Co więcej, nawet ci, których władca obsypał łaskami, kierowani próżnością, zamiłowaniem do wystawności, nieograniczonym zbytkiem i występkiem, nieustannie pogrążają się w nędzy. Na dworach widzimy zazwyczaj rzeczywistą nędzę, ukrytą za zewnętrznym przepychem i świetnością.
Powyższe refleksje, których prawdziwość wszystko potwierdza, winny niewątpliwie otworzyć oczy władcom wyobrażającym sobie, że splendor ich tronu wymaga, aby stale oblegały go legiony wiecznie niezadowolonych szlachciców i możnych. Winny one dać do zrozumienia tym szlachcicom, że niezbyt im przystoi wstydliwie żebrać, poświęcać swoją fortunę wątpliwym nadziejom, zadręczać się, spiskować, tchórzliwie intrygować, aby uzyskać bogactwa, które natychmiast roztrwonią i które nie przynoszą im ani zaszczytu, ani dobrobytu.
Wreszcie panujący, stając się we własnym interesie bardziej sprawiedliwi, winni skłonić szlachciców do rezygnacji z niezliczonych niesprawiedliwych uprawnień, albowiem wieloletnie korzystanie z nich skojarzyło się im niemal z prawem. Winni dać im odczuć, że naturalna sprawiedliwość i prawa narodów nie ulegają przedawnieniu; winni im pokazać, że nawet po tysiącach lat uzurpacja nie może się stać prawowita; winni ich przekonać, że przywileje otrzymane lub wymuszone na monarchach przez niesforną szlachtę unieważniają się z chwilą, gdy stają się szkodliwe dla całego narodu, któremu nawet władca nie ma prawa szkodzić. Winni dać im do zrozumienia, że oświecona sprawiedliwość może zlikwidować ich przywileje przyznane przez niesprawiedliwość, przez słabość albo przez ślepą pobłażliwość.
Wreszcie, ustawodawca, pouczony błędami swoich poprzedników, winien przekonać wszystkich współczesnych szlachciców, że rzekome prawa, z których korzystali ich przodkowie i do których są sami tak silnie przywiązani na skutek próżności, ciemnoty i przesądu, są wyraźnie sprzeczne z ich prawdziwym interesem; albowiem narażają ich na nienawiść obywateli, szkodzą społeczeństwu, dręczą rolnika, tworzą przeszkody dla handlu, przeciwstawiają się przemysłowi, utrudniają nadejście obfitości i powszechnego szczęścia, zmniejszają istotnie dochody, dostatek i dobrobyt samej szlachty.
Istnieją wszelkie podstawy, by wierzyć, że szlachta tak pouczona o swoich dawnych błędach, mogłaby zrezygnować dla własnej korzyści z owego mnóstwa praw honorowych, albo raczej urojonych, które krępują lud i jej samej przynoszą szkodę. Wówczas wielu władców i panów uznałoby, że tak zazdrośnie strzeżone przez nich prawo polowania jest jedynie prawem dewastowania wiosek, wyjaławiania ziemi, niepotrzebnej tyranii, utrudniania rozwoju upraw, pozbawiania się dla błahej przyjemności znacznych dochodów, prawem do uszczuplania środków do życia niezbędnych wszystkim obywatelom. Wówczas szlachta zrozumie absurdalność tylu służebności, czynszów, pańszczyzny, dworskich monopoli, myta itd., słowem, masy praw barbarzyńskich, które zamiast rzeczywistego pożytku dają jej jedynie możliwość dręczenia swoich poddanych [note]Jeszcze niedawno chłopi w Czechach i Morawach powstali przeciw swoim panom, dla których zmuszeni byli pracować pięć albo sześć dni w tygodniu. Tej rewolcie towarzyszyły spustoszenia, które zrujnowały wielu panów, oraz niesłychane okrucieństwa. Mądry rząd mógłby zapobiec owym nieszczęściom, gdyby skłonił albo zmusił szlachtę tych krain, by postępowała w sposób bardziej sprawiedliwy z ludźmi, których traktowała jak zwierzęta. Zob. broszurę opublikowaną niedawno pod tytułem: Inconvénients des droits féodaux, Paris 1775.[/note]
Gdyby władca chciał odebrać szlachcie przynoszące szkodę prawa, a gdyby ona odwołała się do świętych praw własności, to mógłby jej odpowiedzieć, że własność jest tylko prawem do sprawiedliwego posiadania; że to, co jest sprzeczne ze szczęściem narodu, nie może być nigdy sprawiedliwe; że to, co przynosi uszczerbek własności rolnika, nie może być uważane za prawo, gdyż jest tylko uzurpacją, pogwałceniem prawa, którego zachowanie przynosi więcej pożytku narodowi niż uznanie pretensji małej liczby panów feudalnych, którzy nie dość, że nic nie robią, to jeszcze przeszkadzają w pracach najbardziej doniosłych dla nich samych oraz dla społeczeństwa. Czyż możni i bogaci nie domyślą się nigdy, że byliby niczym bez pracy ubogich?
Zadaniem ustawodawcy-suwerena jest właśnie pouczanie obywateli, wykazywanie im, że niezależnie od zajmowanej pozycji ich interesy są zawsze złączone z interesami ojczyzny. Winien on przekonać szlachtę, że nadużycia nie mogą trwać wiecznie, że niesprawiedliwość ma swój kres, że wszelka tyrania musi wcześniej lub później sama siebie zburzyć.
Czyż władza, wykorzystywana tak często dla tryumfu niesprawiedliwości, nie wytęży nigdy swoich sił, aby nadać moc prawom sprawiedliwym? Administracja bardziej sprawiedliwa dla narodu a mniej stronnicza w stosunku do szlachty winna ją przecież przekonać, że niesprawiedliwością jest uwalnianie jej od podatków, którymi przytłacza się biednych. Czyż za podobne przywileje, oburzające immunitety nie powinni wstydzić się ci, w których przesąd nie zabił jeszcze wszelkiego poczucia sprawiedliwości, rozumu i ludzkości? [note] Owe zwolnienia opierają się na tym, że kiedyś szlachta musiała prowadzić wojnę na własny koszt, podczas gdy dzisiaj wojska są na żołdzie władcy, a szlachta nie jest już zmuszana do służby. Najbogatsi zawsze najmniej łożą na potrzeby państwa.[/note]
Właśnie te uczucia, zbyt często zanikające w sercach szlachty i bogatych właścicieli, winien rząd ożywiać, a raczej kształtować. Winien on wyrywać z korzeniami tę dziedziczną pychę, która każe szlachcie sądzić, że urodzenie daje jej istotną i rzeczywistą wyższość nad współobywatelami. Wówczas, wyleczeni ze swoich próżnych przesądów, staraliby się być wartościowymi a wyróżnienie zawdzięczać tylko sobie samym; nie żywiliby tak często okazywanej wielkiej pogardy dla talentów i nauki; nie szczyciliby się więcej gotycką i barbarzyńską ciemnotą, z powodu której gnuśnieją w nieróbstwie, źródle wszelkich wad; wreszcie, zmuszeni kształcić się i stać pożytecznymi, by uzyskać wyróżnienia, nagrody i zaszczyty rozdawane przez władcę, staraliby się na nie zasłużyć cnotami bardziej rzeczywistymi od tych, o których mówią stare tytuły albo zużyte pergaminy. Dopiero wówczas szlachta połączona interesem ze wszystkimi stanami państwa mogłaby rzeczywiście służyć ojczyźnie, a jej przywódcy staliby się obywatelami i uczyniliby się naprawdę godnymi publicznego poważania.
Jednak zamiast likwidować butne przesądy szlachty, rządy zdają się pragnąć jeszcze dalszego ich umocnienia. Nobilitacje, tytuły, dyplomy mnożą się z dnia na dzień; władcy czynią sobie z nich kramiki; każdy człowiek może uzyskać tytuł szlachecki za pieniądze. W ten sposób ustawodawcy pobierają haracz z próżności obywateli, zamiast starać się ją uleczyć!
Aczkolwiek szlachectwo i jego tytuły są próżną nicością, to władcy, nie rozdając ich tak hojnie, mogliby nimi skutecznie nagradzać zasługę i cnotę. Ale czy cnota nie będzie gardzić próżnymi tytułami widząc, jak często się nimi frymarczy nadając je ludziom występnym albo parweniuszom, których nieszczęsne talenty winny spotkać się z karą albo pogardą, a nie z zachętą. Tak więc, na skutek nierozwagi i chciwości władców, szlachectwo stało się dystynkcją błahą i śmieszną, która nie zakładając zdolności ani osobistej zasługi kupującego czy otrzymującego służy jedynie powiększeniu liczby ludzi bezużytecznych, leniwych, złych obywateli, niepohamowanych zuchwalców, którzy uważają się za wyższych nawet od najbardziej uczciwych plebejuszy i na nich właśnie zrzucają podatki, jakie sami winni płacić państwu[note] We Francji szlachcic nie płaci podatku. Polski szlachcic, gdyby miał nawet miliony dochodu, łoży jedynie tyle, ile sam zechce, na utrzymanie państwa. Szlachcic niemiecki zmusza swoich chłopów do płacenia za niego całej sumy. Oto, jakie nadużycia zakorzeniły się wśród narodów, które uważają się za wolne od barbarzyństwa.[/note]
Wyróżnienia schlebiają ludzkiej ambicji. Ustawodawca może więc je z powodzeniem wykorzystać do uczynienia obywateli pożytecznymi i cnotliwymi. Gdyby szlachectwo, godności, wszelkiego rodzaju odznaczenia przyznawane były jedynie tym, którzy odznaczają się osobistymi zaletami, każdy szlachcic byłby naprawdę człowiekiem godnym poważania; jego wdzięczni współobywatele byliby zmuszeni przyklasnąć, nawet mimo zawiści, ocenom władcy.
Pozbawiając szlachtę prawa szkodzenia albo wyrażania obelżywej pogardy wobec współobywateli, władca uciszyłby zazdrość i nienawiść, jaką czują ludzie pogardzani do tych, którzy ich uciskają albo traktują w sposób aro gancki i sprzeczny z zasadami współżycia. Wreszcie władca dodałby szlachectwu wielkiego blasku, gdyby rozdzielał honory i łaski, których jest depozytariuszem, między szlachciców odznaczających się największą szlachetnością postępowania, hojnością, dobroczynną ludzkością, uprzejmością i wielką gorliwością względem ojczyzny.
Wedle powszechnego mniemania tak wielu pospolitych szlachciców, żyć po szlachecku to nic nie umieć i nic nie robić; to od czasu do czasu iść na wojnę; to uparcie gnuśnieć, intrygować, spiskować na dworze; to pokazywać publicznie wspaniałe ubiory, zaprzęgi, sługi i konie; to rujnować się w grze albo dla upadłych kobiet; to tonąć w długach i zwodzić wierzycieli; to kraść i oszukiwać. Przez dziwne odwrócenie pojęć zdawałoby się, że człowieka wysokiego rodu można rozpoznać tylko po tym, że okazuje pogardę dla wszystkich pożytecznych umiejętności i dla wszystkich cnót koniecznych dla dobrego obywatela.
Moralność nadaremnie zwalczałaby te absurdalne idee, gdyby jej zasady nie znalazły oparcia w zwierzchniej władzy. Ale głos donośny i zawsze znajdujący posłuch pozwoli zrozumieć tylu zaślepionym szlachcicom, że ciemnota, lenistwo, nieudolność nie są powodem do sławy albo też do prawa korzystania z dobrodziejstw państwa; że zarozumiałość, chełpliwość, rozpusta i namiętność do gry nie mogą być nagradzane przez rząd; że naród nie ma obowiązku płacenia długów albo porządkowania spraw dostojnego głupca, który się zrujnował; że oszustwo nie jest bynajmniej tytułem do szlachectwa i że pogarda dla cnoty albo dla współobywateli nie świadczy w żaden sposób o wielkości uczuć.
W państwie mądrze zorganizowanym wszystko winno przypominać ludziom wszelkich stanów, że są współobywatelami, że mają zgodnie działać, w interesie ogółu, że mają sobie pomagać, kochać się, że naiwna próżność nie może nigdy oddalać jednego od drugiego, bez obustronnego zagrożenia. Uprzejmość, hojność, dobroczynność, przychylność, wielkość duszy są prawdziwymi tytułami do szlachectwa. Gdyby liczne znakomite rody posiadające owe tytuły mogły je przekazywać z krwią, szlachectwo przestałoby być urojeniem, a uznanie, jakim się je otacza, nie byłoby następstwem przesądu, ale aktem sprawiedliwości; potomkowie cnotliwego protoplasty, krocząc śladami swoich przodków, cieszyliby się wdzięcznością, poważaniem i miłością ludów bardziej zasadnie niż zarozumiali potomkowie dawnych wojowników, każący sobie jeszcze płacić za zło, jakie wyrządzili narodom ich niesforni przodkowie. Przyjemnie jest nosić imię obywatela, którego szlachetne i cnotliwe czyny zostały uwiecznione przez historię; nie przynosi natomiast zaszczytu noszenie nazwiska człowieka, który dał się poznać tylko przez czyny trudnej do zapomnienia niegodziwości.
Słowem, ustawodawstwo zgodne z moralnością winno użyć wszelkich środków, aby pobudzać do cnoty wszystkie stany społeczeństwa. Jeżeli stan szlachecki jest prawdziwą szkołą wojowników, to rząd nie powinien nigdy dopuścić, aby obrońcy ojczyzny stali się jej ciemiężycielami i tyranami. Powinni stale przebywać w swoich dobrach, ożywiać zamierające rolnictwo, poprawiać los zgnębionych poddanych, budować pożyteczne zakłady, manufaktury, zatrudniać biednych, mnożyć wobec nich dobrodziejstwa — byłoby to zajęciem bardziej godnym bogatej szlachty i bardziej zasługującym na honory i nagrody dobrego rządu, niż rujnowanie się i demoralizowanie na dworach. Uczynić możnych i szlachtę naprawdę pożytecznymi, oto problem, którego rozwiązanie byłoby nader doniosłe dla pomyślności państwa.
Paul Henri Thiry baron d’Holbach (1723-1789)
O prawach moralnych dla szlachty [w:] Etokracja, czyli rząd oparty na moralności, Amsterdam 1776.
PRZYPISY: