Czynniki sprzyjające i niesprzyjające powstawaniu i rozwojowi korporacji akademickich na przykładzie Estonii, Łotwy i Polski

Marcin Michał Wiszowaty,
filister K!Polonia, fil. h.c. K!Lauda

 

 

 

Na początku sierpnia zajechałem na parę dni do Wilna. Odwiedziłem stare kwatery mojej Polonii, a także Batorii i Polesii. W drodze powrotnej, jeszcze zanurzony w sentymentalnych wspomnieniach usłyszałem w radio informację o żołnierzach strzegących Kopca Powstania Warszawskiego na warszawskim Mokotowie, którym skradziono generator prądotwórczy. Jak tłumaczył jeden z nich — “kolega poszedł na chwilę do sklepu, a ja poszedłem go szukać“. Przełożony wyjaśniał, że to byli żołnierze służby zasadniczej, po kilku miesiącach w wojsku — jakby to miało jakieś znaczenie. Próbowano też przenieść uwagę społeczeństwa na złodziei, którzy dopuścili się kradzieży w tak “świętym miejscu”, ale dla mnie obrazek schodzącego na chwilę z warty żołnierza i kolegi, któremu nie chce się samemu stać, więc też sobie idzie — jest obrazkiem silnie przemawiającym do świadomości i jakże typowym dla dzisiejszych czasów. Moje myśli szybko zaczęły błądzić po naszym, korporacyjnym poletku.

Korporacja to instytucja, którą można nazwać w skrócie — wychowawczą. To, że zrzesza wyłącznie mężczyzn czyni z niej instytucję szczególną, w której na pewno ważne miejsce odgrywać musi karność, dyscyplina i poczucie odpowiedzialności. Już pobieżna obserwacja codzienności dowodzi jak bardzo potrzeba nam dzisiaj tych cech u młodych mężczyzn, którzy (uogólniam krzywdząc jednak mniejszość) wykazują wiele cech świadczących o zniewieścieniu i słabości charakterów. Jesteśmy świadkami frapującej sytuacji, gdy istnieją wszelkie podstawy dla powrotu i rozwoju korporacji akademickich i czuje się powszechnie ich potrzebę, a jednak rozwój ten jest powolny, napotyka na przeszkody, a efekty są wciąż mizerne.

Kryzys wychowania męskiego. Deficyt instytucji ojca, to moim zdaniem główny powód niskiej dyscypliny i poczucia odpowiedzialności u młodych polskich mężczyzn, a także zanikania kręgosłupa moralnego i braku wyższych ideałów. Ojcowie dzisiejsi są albo nieobecni i pozostawiają swoich synów samopas, albo należą do tych, którym nie wpojono niezbędnych cech męskich, które mogliby przekazać swoich synom. Ktoś kto sam nie jest mężczyzną — nie wychowa syna na mężczyznę. Wyjątki należą do rzadkości. W Polsce syndrom braku ojca i męża znamy z lekcji historii. Trwał od wieków, z powodu licznych powstań, wojen i zsyłek. Wówczas synowie wzrastali otoczeni mitem ojca weterana, powstańca, pragnęli iść w jego ślady. Instytucją “zastępczą”, która wpajała chłopcom konstytutywne cechy męskie jak: lojalność, dyscyplinę, poczucie odpowiedzialności, karność – było wojsko, które przeżywa dziś w Polsce ogromny kryzys. Dopiero powraca do swojej roli i poziomu sprzed dziesięcioleci. Tym właśnie różnimy się od korporantów estońskich. Dla nich odbyta służba wojskowa stanowi konieczny element patriotycznego wychowania, męskiego życiorysu oraz powód do dumy. Dokładnie tak samo brzmią opowieści naszych filistrów seniorów. Po odbyciu służby wojskowej pozycja powracających na studia komilitonów rosła, łatwiej sięgali po najwyższe urzędy korporacyjne, otaczał ich powszechny szacunek. Dla nas, Polaków to sytuacja znana tylko z dawnych opowieści.

Kazus chłopców, którzy porzucili wartę, aby pójść do sklepu jest świetnym przykładem tego, jak wiele pracy jest do zrobienia i jak wojsko nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Deficyt męskiego wychowania, to chyba największa bolączka ruchu korporacyjnego. Jego efekty to niska dyscyplina i nikłe występowanie odruchów, które nasi dziadowie zwali “imperatywem wewnętrznym”. Taki imperatyw zaszczepiony chłopcu, sprawiał, że później mężczyzna nie czekał na zachętę do działania, ani nie wykręcał się od powierzonych obowiązków. Był aktywny bez zewnętrznych zachęt, sam oferał swoje usługi, a różne przypomnienia uważał za uwłaczające, dlatego dbał o słowność, terminowość i rzetelność.

Nigdy nie zapomnę zdarzenia, kiedy goszczący w Polsce korporant estoński, usłyszawszy jak taksówkarz obelżywie wyzwał niewinną kobietę  — ruszył bez zastanowienia żądając od dwukrotnie wyższego i szerszego od siebie draba przeprosin dla obrażonej. Stałem zachwycony, ale żaden z nas, polskich korporantów tak nie zareagował. On był pierwszy. My dopiero dołączyliśmy się, kiedy zajście zaczęło się zaogniać.

Masowość studiów uniwersyteckich i ich wąska specjalizacja. To czynnik obecny zarówno w Polsce jak i krajach bałtyckich. Ma swoje złe i dobre strony. Masowość wyeliminowała funkcję wychowawczą uczelni wyższych, a studenci nie tworzą już żadnego środowiska. Element elitaryzmu studentów przestał istnieć, skoro każdy może dzisiaj studiować i studia ukończyć. Studiów nie postrzega się jako okazji do nabycia ogłady, czy wyrobienia życiowego, ale najwyżej jako źródło wiedzy potrzebnej dla wykonywania określonego zawodu. Coraz częściej po prostu jako obowiązkowy tor przeszkód, którego ukończenie nagradzane jest coraz mniej wartościowym dyplomem wyższej uczelni. Ogólny poziom dzisiejszego wykształcenia maleje, ze sceny schodzą humaniści, czyli osoby o szerokich horyzontach intelektualnych. Jest to pewna szansa dla korporacji, które mogą stać się właśnie odtrutką na szkodliwy egalitaryzm. Jest to jednak tylko gdybanie. Należy pamiętać, że masowość studiów wyższych powoduje, że ruch korporacyjny skazany jest na niszowość, przez co maleje jego szansa na odgrywanie istotnej roli w środowisku akademickim.

Przyspieszenie aktywizacji zawodowej (zarobkowej) studentów. Wojna i komunizm przerwały nić ekonomiczną łączącą pokolenia. Przepadł dorobek materialny rodzin, przez co młode pokolenie nie może liczyć na zabezpieczenie finansowe i musi łączyć studia z pracą zarobkową. Studia powinny być okresem aktywności towarzyskiej, dawać czas na lekturę i refleksję, czasem młodości “durnej i chmurnej”. Tymczasem, zjawisko stopniowego spadku aktywności korporantów i “braku czasu”, wynikającego z wyzwań i dążeń materialnych jest faktem już na II roku studiów, co przenosi się często na pierwsze lata filisteriatu. Członkowstwo w korporacji zawsze było kosztowne, co dodatkowo świadczyło o jego elitarności. Poczynając od stosownego ubioru, precjozów, na kosztach podróży, często zagranicznych kończąc — bycie korporantem kosztuje. Trudno też jest mieć burszowską fantazję, kiedy sakiewka świeci pustkami. Oczywiście nie nawołuję do odciągania młodych studentów od walki o pozycję zawodową i budowy kariery. W tym korporacja powinna ich wspierać. Powinna jednak dbać o to, aby ustami doświadczonych życiowo filistrów — ojców i dziadków, profesorów i prezesów — przestrzegać młodych przed zatraceniem się oraz potwierdzać niezwykłą wagę przyjaźni, pasji i działalności społecznej w życiu dżentelmena. Nie chcemy przecież wychowywać zapatrzonych w siebie groszorobów, czy bezwzględnych karierowiczów. Nie sposób jednak zapomnieć o słabej kondycji ekonomicznej postkomunistycznego społeczeństwa.

Majątek korporacji. Jedna wizyta w Estonii czy na Łotwie może przyprawić o zawrót głowy. Nieruchomości i ruchomości odzyskane przez tamtejsze korporacje dają im zupełnie inne możliwości działania, o których my możemy wciąż marzyć. Zamożny filisteriat i bogata spuścizna również materialna to czynniki, bez których korporacja — o ile przetrwa — skazana będzie na wegetację. Przed wojną studiowało niewielu, głównie Ci najbogatsi, co przekładało się na życie korporacji. Posiadanie własnej, odpowiedniej kwatery było sprawą podstawową. Z opowieści bałtyckich, ale także niemieckich korporantów wiem, że fuksami zostają często studenci, którzy wynajmują pokoje na kwaterze, po pozytywnym zaliczeniu okresu próbnego. W ten sposób załatwia się sprawę nowych coetusów i oczywiście zasila kasę korporacyjną. O możliwości urządzenia komerszu na kwaterze, czyli oszczędnościach na wynajmie sali oraz zagwarantowaniu tajności najważniejszych obrzędów — nie wspomnę. To w Estonii przekonaliśmy się co oznacza powiedzenie, że kwatera jest drugim domem. Praktyka potwierdza teorię, że organizacja, której nie stać, aby z własnych środków utrzymać odpowiedni dla niej lokal — nie ma większego sensu. Rola filisteriatu jest tutaj kluczowa.

Zaplecze środowiskowe. Lektura pamiętników ziemiańskich, w tym korporanckich —  weźmy pierwsze z brzegu “Szlacheckie ostatki” St!St! K!Jagiellonia T. Czaplickiego  — pokazuje, że młodzi korporanci wynosili z domu cechy i umiejętności, które później wnosili do korporacji wzbogacając jej życie wewnętrzne i znajdując właściwe pole do ich rozwijania. St!St! pisze o środowisku ziemiańskim, które jako grupa rodzinno-przyjacielska była zarówno źródłem fuksów, jak nieustającą giełdą matrymonialną, szkołą zachowań, źródłem intratnych lub po prostu wzbogacających duchowo znajomości — także w okresie filisteriatu. Ziemianie byli też hojnymi mecenasami korporacji, do których należeli ich synowie, lub których barwy sami nosili. Swoistą instytucją były ziemiańskie dwory, gdzie korporanci grupowo spędzali wakacje. Latem, niemal codziennie spotykano się na wieczorkach tańcujących, przejażdżkach konnych, czy innych formach aktywności, także sportowej. To zaplecze było bezcenne dla rozwoju korporacji. Sprawiało, że nie było się korporantem tylko od święta, ale stale istniały warunki i okazje do doskonalenia się. Niegdyś górowaliśmy pod tym względem nad Bałtami. Dzisiaj świat ziemian nie istnieje. Pozostali potomkowie rodzin, z których nieliczni obejmują swoje dawne siedziby lub zakładają nowe. Zauważa się dopływ do korporacji najmłodszych pokoleń “dynastii korporacyjnych”, czy rodów ziemiańskich i inteligenckich. Obserwujemy też awans kulturowy środowiska wolnych zawodów, często w pierwszym pokoleniu. Tworzą się nowe majątki. Zapewne potrzeba wielu lat, aby “młode pieniądze” nabrały odpowiedniej patyny. Takich środowisk jest w Polsce więcej. Myślę, że zwarte zaplecze społeczne jest to ogromnie ważny dla świata korporacyjnego czynnik, wciąż niedostatecznie wykorzystany i oczywiście wciąż raczkujący po okresie wyniszczenia. Namiastką tego zaplecza są “rodziny korporacyjne” — grupy osób rodzinnie związanych z korporacją, obecnych na półotwartych uroczystościach — rybkach, jajeczkach, akademiach etc. Pielęgnowanie i rozwijanie rodzin korporacyjnych jest obecnie sprawą niezwykle istotną.

Rola filisteriatów. Największym bogactwem korporacji są jak wiadomo fuksi i właśnie filistrzy. Kariery i nazwiska tych drugich przydają blasku korporacji i są magnesem zapewniającym kandydatów, zainteresowanie mediów, szacunek społeczny. O sile korporacji bałtyckich decyduje w dużym stopniu rola zwartych filisteriatów, które realizują własną misję w ramach szerokiej działalności korporacyjnej. Nie konkurują tutaj z czynną korporacją, bowiem ich rola jest odmienna. Filistrzy rozsławiają imię swojej korporacji przyznając się do jej członkowstwa, bywają na kwaterze, prowadzą działalność wspierającą korporację: wydawniczą, edukacyjną, wychowawczą, a także zawierają i utrzymują cenne dla korporacji kontakty zewnętrzne. W polskich korporacjach bywa różnie. Część filistrów wydaje się wstydzić swojej przynależności i ją ukrywa. Część zaskakująco często o niej zapomina. Wielu przypomina sobie o swojej korporacyjności jedynie w okresie komerszów, a na kwaterze bywa rzadko. Są też filistrzy, którzy z trudem godzą się z przejściem w stan filisterski, dlatego próbują na bieżąco wpływać na funkcjonowanie korporacji, co prowadzi do ubezwłasnowolnienia młodych. Na szczęście mamy wielu filistrów, którzy w każdy możliwy sposób wspierają swoją korporację i rozsławiają jej imię – za co im chwała. Ale trzeba powiedzieć wprost, że to wciąż za mało, aby uznać że filisteriaty spełniają dostatecznie swoją rolę. Wyraźnie widać, że wiele korporacji nie ma pomysłu na “zagospodarowanie” filistrów. Rośnie dystans wiekowy między czynną korporacją a filistrami. Zanika pole wspólnych tematów. Życie zawodowe  i rodzinne oddala filistrów od kwatery. Często filisteriat traktuje się jako korporacyjną emeryturę, swoistą zsyłkę w niebyt lub uwolnienie od wszelkich obowiązków. A przecież właśnie filisteriat to okres próby wierności swojej korporacji i źródło inspiracji dla młodych. Uważam, że należy wypracować sposoby aktywizacji filistrów, aby znaleźć dla nich właściwe miejsce w korporacji, dające możliwość wykorzystania ich ogromnego potencjału. Powinny powstawać odrębne stowarzyszenia filistrów poszczególnych korporacji, które będą zarówno opiekować się czynnymi korporacjami, jak i utrzymywać kontakty z podobnymi organizacjami innych korporacji odciążając częściowo młodych i wypełniając własne zadania.

Przedwojenny “sznyt”  prawda i mity. Czynnikiem, który może nam sprzyjać i podwyższać naszą atrakcyjność jest fakt zamrożenia w naszej obyczajowości norm “przedwojennych”. Zauważamy w Polsce sentyment dla “dawnych, lepszych czasów” i głód elity, której brak odczuwamy dotkliwie obserwując najwyższe kręgi środowisk biznesu, polityki czy nauki. Tę cechę dzielimy z Estończykami i Łotyszami, którzy po II wojnie światowej znaleźli się w sytuacji nawet gorszej od naszej, wchodząc w skład imperium sowietów. Wykształceni Polacy słynęli kiedyś z arystokratycznych manier i tak wspomina się ich w krajach bałtyckich. Niestety realia są zupełnie inne i ogólny poziom kultury Polaków jest zatrważająco niski. Pewne oznaki rozprężenia widać również na naszym podwórku. Słyszy się tu i ówdzie o konieczności złagodzenia reguł dotyczących kodu ubraniowego, postępowań honorowych, czy ścisłości w przestrzeganiu korporacyjnych rytuałów. Człowiek zawsze pragnął ułatwiać sobie życie, ale korporacje nie powstały, aby chadzać łatwiejszą drogą, lecz by narzucić sobie trud utrzymania wysokiego poziomu, co wymaga ofiar. Przypomina mi się anegdotka, gdy fuksi pytali sędziwego filistra K!Lauda o zasady noszenia band w Jego korporacji, o krawat i marynarkę. Na stwierdzenie, że na marynarkę jest czasem za ciepło, filister delikatnie zauważył, że w dawnych czasach temperatura była podobna, ale dżentelmen nie pojawiał się publicznie bez marynarki, a nawet kamizelki. Przywodzi to od razu na myśl karykaturalny obraz dzisiejszych imprez “towarzyskich”, na których, kiedy tylko zrobi się “za gorąco”, marynarki wędrują na oparcia krzeseł ukazując krótkie rękawki koszul i niedbale rozwiązane pod szyją krawaty. Ubiór, w którym korporanci pojawiają się na kwaterze pozostawia wiele do życzenia. To, że społeczeństwo polskie i to wszystkich stanów – zwyczajnie schamiało, nie ulega wątpliwości. Oldermani nie prowadzili przed wojną szkoleń z tzw. savoir-vivre?u, bowiem student wynosił go z domu. Aby uchodzić za dżentelmena trzeba stałej pracy nad sobą i trzymania odpowiedniego poziomu. Być może jednak właśnie powszechny upadek obyczajów i tęsknotę za lepszymi czasami można przekuć na sukces, w postaci ogólnospołecznej misji korporacji jako kuźni postaw i szkoły zachowań. Jedno jest pewne. Zanim zaczniemy świecić przykładem – sami powinniśmy popracować nad sobą. Pracy jest mnóstwo.

Brak rozmachu i patrzenia przyszłościowego na ruch korporacyjny. Widzimy, że pomimo powstania licznych szkół wyższych w całej Polsce — praktycznie nie udało się zaszczepić życia korporacyjnego tam, gdzie nie było go przed wojną. Nie ma korporacji w tak ciekawych miejscach, jak Szczecin czy Białystok. W dziedzinie reaktywacji korporacji zauważamy więc zjawisko swoistej “rekonstrukcji historycznej”, która pozbawiona świadomości istoty ruchu korporacyjnego jest działaniem zupełnie odtwórczym. Wielu korporantów nie do końca zdaje sobie sprawę czym jest korporacja, podobnie jak wielu filistrów. Brakuje na ten temat dyskusji, brakuje świeżego spojrzenia i literatury przedmiotu. Pozostaje cytowanie klasyków, często mechaniczne i pozbawione refleksji. Minął już czas reaktywacji spontanicznych, na fali słomianego zapału i chwilowego entuzjazmu. Ten brak dalekowzroczności był powodem licznych reaktywacyjnych niewypałów i korporacji-widm, a także braku silnych ośrodków korporacyjnych — poza Warszawą dominują miasta jedno lub dwukorporacyjne. To zdecydowanie za mało, aby idea korporacji zakorzeniła się i mogła rozkwitać. Wiemy, że bez życia międzykorporacyjnego, wzajemnych wizyt na kwaterach, dyplomacji międzykorporacyjnej i wspólnych, większych przedsięwzięć – idea nie przetrwa i nie rozwinie się. Uważam, że istnieje ogromna potrzeba tworzenia co najmniej 5-korporacyjnych ośrodków. Tu duża rola kolejnych reaktywacji. Oczywiście nie chodzi o sztuczne zawyżanie statystyk i tworzenie klonów istniejących korporacji-matek, wedle jakiejś wymyślonej i wygodnej dla odtwórcy idei-fix, ale o reaktywację tzn. ponowne uruchomienie korporacji przedwojennych z pełną dbałością o ich dawną specyfikę. Myślę, że brakuje nam okazji do wymiany doświadczeń, dlatego ważną sprawą są ogólnopolskie wydarzenia o charakterze korporacyjnym, organizowane również w ośrodkach, gdzie korporacji nie ma. Wszyscy, którzy znają estońskie obchody Nocy Walpurgii potwierdzą, że jest to wydarzenie o ogromnych walorach promocyjnych, ale także sposób na doładowanie korporacyjnych akumulatorów. Każdy ma potrzebę, aby czasami poczuć się częścią większej, potężnej całości. Taką możliwość dają wielkie, ogólnokorporacyjne wydarzenia. Ich jedyną, raczkującą formą jest Komersz Polski. Niestety, po liczebności wysyłanych na Komersz delegacji widać jak niedostatecznym cieszy się on powodzeniem i jak marnuje się tę zaledwie jedną w roku szansę na głośne zaistnienie korporantów w świadomości wilderów — potencjalnych korporantów i sympatyków. Usprawiedliwienie w postaci pracy wewnętrznej dla własnej korporacji, jako nadrzędnego nakazu korporanta odrzucam, bowiem na ten rodzaj egoizmu po prostu nas nie stać na tym etapie rozwoju naszego ruchu. To widzenie ledwie czubka własnego nosa zemści się na nas.

Fasadowość korporacji. Innym problemem jest tendencja do przerabiania korporacji na bliżej nieokreślone związki parakorporacyjne. Głód nowych kandydatów sprawia, że korporacja “dostosowuje się do potrzeb”, co jest pierwszym krokiem na drodze do przepaści. Odrzuca elementy, które mogą “razić”, łagodzi dyscyplinę, pozwala na coraz więcej odstępstw od fundamentalnych elementów działalności korporacyjnej — wszystko to, aby przetrwać. Pytanie brzmi — czy taka korporacja powinna przetrwać? Czy nie lepiej, aby zakończyła działalność, niż nadal, przy zupełnie zmienionym charakterze używała korporacyjnego przebrania zaniżając ogólny poziom? Zauważa się stopniowy zanik działalności sądów korporacyjnych połączony z rosnącą tolerancją dla zachowań niegodnych korporanta. Szczególnie razi pobłażliwość kolegów dla sposobu zachowania się korporanta poza kwaterą, kiedy brak dekla czy bandy zdaje się uwalniać od podstawowych wymogów kultury i honoru, jakby korporantem było się tylko w chwilach, gdy na głowie tkwi dekiel, a drzwi do kwatery są szczelnie zamknięte. Na tym polu Estończycy i Łotysze stanowią dla nas wzór niedościgły. Ich bezkompromisowy stosunek do korporacyjnych pryncypiów jest imponujący.

Brak popularyzacji ruchu korporacyjnego.  Pod tym względem biją nas na głowę estońscy i łotewscy przyjaciele, którzy doskonale radzą sobie z promocją i można powiedzieć, że czują się na uniwersytetach jak u siebie, podczas gdy my jesteśmy na nich najwyżej gośćmi, nie zawsze mile widzianymi. W każdym folderze akademickim można znaleźć wzmiankę o korporacjach bałtyckich. Korporanci są obecni i odgrywają niebagatelną rolę w organizacjach naukowych i samorządzie studenckim oraz organach uczelni (tak było i u nas przed wojną). Ważną rolę odgrywają też filistrzy, którzy szeroko reklamują korporacje przyznając się do członkostwa i podając ten fakt przy wielu okazjach. O niedostatecznej roli filisteriatów wspomniałem już. Z pewnością brakuje też wspólnej reprezentacji, która zadbałaby o promocję ruchu w skali kraju oraz zajęła się najpoważniejszymi bolączkami wewnątrz naszego małego, ale rosnącego ruchu — jak uznawanie nowych korporacji i zwalczanie uzurpacji, a także promocja i wspieranie rzetelnej i uczciwej reaktywacji starych korporacji. Należy wyciągnąć wnioski z nieudanego eksperymentu ze scentralizowaną, formalistyczną federacją korporacji i odwołać się do wzorów bałtyckich, gdzie istnieje luźne porozumienie korporacji zajmujące się jedynie najważniejszymi kwestiami organizacyjnymi i nie mające możliwości ingerowania w wewnętrzne sprawy, ideologię czy zwyczaje poszczególnych korporacjami. Ufam, że tworzący się zwyczaj Komerszów Polskich stanie się platformą porozumienia dla polskich korporacji i wstępem do wypracowania wspólnych działań.

Moje przemyślenia, które w skróconej wersji przelałem na papier, są zapewne podobne do tych, które posiada wielu z nas. Mam też świadomość, że można by wiele dodać. Uważam jednak, że słowa nie są nawet namiastką działania, dlatego należy po prostu jak najszybciej brać się do pracy, bowiem jest jej przed nami mnóstwo. Ja ze swojej strony deklaruję swoją pomoc w każdej działalności, która pomoże wzmocnić nasz korporacyjny ruch i rozwinąć nasze skrzydła zanim odpadną nam od zbyt długiego nieużywania.

Tekst opublikowano w “Korporancie Polskim“, 2008, nr 4.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

SZTUKA HERALDYKA MONARCHIA ETYKIETA SZLACHTA CEREMONIAŁ (con. MMXVIII)