CZYM BYŁA KORPORACJA?

Wiesław Rago (1915-2000),
Filister K!Ostoja

 

 

 

Dla mnie – Ostoją. Na tym właściwie można by (należałoby?) ten artykuł zakończyć. Bo to jedno słowo zawiera w sobie wszystko, co chcę powiedzieć, całą – w moim pojęciu – prawdę o znaczeniu PK!A. Ale bojąc się, że PT Czytelnicy mogą mnie posądzić o zbytnie uogólnianie, spróbuję kolejno mój pogląd wytłumaczyć szerzej i bardziej szczegółowo.

Proszę mi wybaczyć używanie starego, od dawna zapomnianego języka polskiego, którym posługiwały się przez całe wieki liczne pokolenia. Panosząca się obecnie dziwnie prostacka “nowomowa” ani do mnie nie przemawia, ani ja do niej nie pasuję.

Starym zwyczajem zacznę od tego czym PK!A nie były. Na pewno nie były tym co im zarzucili wrogowie: a więc nie były bandą rozpijaczonych synów burżuazji albo snobów ziemiaństwa, małpujących tradycje niemieckich “burschenschaftów”, jeżeli tak się one pisały. Ten zarzut pochodził od postępowej, “uświadomionej” części społeczeństwa, która odrzucała wszelkie wzniosłości, tradycje, formy myślenia i postępowania typowe dla narodów elitarnych. Nasi wrogowie i krytycy wychodzili z utopijnego założenia równości pomiędzy obywatelami kraju, z którego nawet socjaliści francuscy musieli zrezygnować.

Drugą grupę wrogów, bardziej zorganizowaną i łatwiejszą do zdefiniowania, stanowili i do dziś stanowią zwolennicy i wychowankowie systemu rządzącego w Polsce od maja 1926 roku, tzn. wszechwładna sanacja i jej protegowani: Legion Młodych, Obóz Zjednoczenia Narodowego, Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem, itp. Ta grupa rozporządzała środkami walki, może nie zawsze etycznymi, za to wielce skutecznymi: policją, razem z wychowankami Golędzinowa, szkolonymi specjalnie do potrzeby – Sejmem, wreszcie obozami karnymi. Nikogo nie ominęły ręce uzbrojonych przedstawicieli władzy: młodzi oficerowie pobili redaktora Nowaczyńskiego, wybijając mu jedno oko; Władysław Walter, znany komik sceny polskiej, zamknięty był w obozie w Brześciu za żart o spodniach marszałka Piłsudskiego; policja konna, piesza, golędzinowska ganiała wówczas po ulicach Warszawy młodzież akademicką, w tym wielu korporantów, protestujących przeciw pobiciu polskich artystów występujących gościnnie w niemieckim wówczas Opolu. I tak dalej. Lista represji zawiera setki przykładów.

Byli również tacy, którzy krytykowali korporacje za przynależenie indywidualne lub gremialne do obozów skrajnie narodowych, jak OWP, ONR obu odcieni, i za akcję sabotażową. Nauczyciel historii w gimnazjum im. Batorego w Warszawie, w którym uczyłem się po raz pierwszy myśleć partyjnie i nienawidzić przeciwników politycznych, uczył nas po maju, że symbolem “antypaństwowości” jest laska, do której młodzież narodowa przytwierdza żyletki w celu okaleczenia koni policjantów w czasie manifestacji. Rzeczywiście parę korporacji przystąpiło in corpore do takiej czy innej organizacji politycznej, ale o wiele liczniejsza część trzymała się z dala od partii politycznych. Tyle o tym, czym korporacje, wbrew zarzutom, nie były.

Ale czym one były?

Niewątpliwie były ośrodkami wychowania młodzieży akademickiej, przedłużeniem wychowania rodzicielskiego i szkolnego, dalszym ciągiem rodziny, która często traciła wpływ na młodego adepta życia jeszcze przed skończeniem szkoły średniej. Nie trzeba chyba udowadniać wielkiego znaczenia jakie mają rodzice dla dziecka. Cały świat zwierzęcy daje nam przykłady. Wprawdzie knur lubi swoje nowonarodzone prosiaczki do tego stopnia, że je natychmiast chce zjeść, to jednak inne zwierzęta, np. kaczory opiekują się swoim potomstwem tak długo , jak to jest potrzebne.Zachowań gatunku ludzkiego nie da się opisać w jednym zdaniu, tyle mamy odmienności w każdym niemal narodzie. Niemniej istnieje zawsze pewien okres, kiedy rodzice zajmują się dzieckiem. Zależnie od narodowego temperamentu czy szerokości geograficznej prędzej czy później owo dziecko rezygnuje z opieki – “siamo dziecko, siamo” – powiada. To jest funkcja wzrastania. Nie dlatego, żeby nie chciało się dalej uczyć, chce tylko robić to według własnej recepty. Bo dziecko, teraz już pod wąsem wie lepiej co mu jest potrzebne i jak się tego ma nauczyć. Młody człowiek, bo takim dziecko się stało, nie odrzuca rad, które mu dają inni młodzi. I tu jest wielka szansa i zasługa korporacji: młody uczy i wychowuje trochę młodszego. A żeby się nie pomylił w temacie, czy sposobie wychowania, ma pod ręką tradycje i oparcie o zespół poważnie myślących starszych kolegów w postaci Konwentu i Prezydium. Wiem coś o tym. Moja matka umarła, gdy zaczynałem życie korporacyjne. Byłem w wieku, kiedy młody potrzebuje może najbardziej sterowania jego pierwszymi krokami – już nie nauki, ale pierwszej praktyki. Korporacja dała mi bazę, stworzyła atmosferę, w której bez wstydu mogłem dyskutować wszystkie problemy wczesnego “ja”.

Drugim ważnym elementem wychowawczym ruchu korporacyjnego jest wytwarzanie zaufania do siebie samego i pokonanie lęku przed słuchaczami, przed widownią. Wielka gwiazda teatru polskiego powiedziała mi kiedyś, że każdy aktor musi mieć tremę. Jeśli jej nie ma, to nie jest artystą. A cóż dopiero przeżywa tłum zwyczajnych zjadaczy chleba, nawet z powidłami? Pamiętam, że męczarnią istotnie piekielną było kiedyś dla mnie i dla moich rówieśników przejście przez pusty pokój gdy pod ścianami siedziały krocie osób, gotowe pożreć niefortunnego skazańca. A powiedzenie paru słów do grona osób, to już równało się z samobójstwem.

Zebrania korporacyjne odbywały się zawsze przy stole, długim, nie bardzo szerokim, który zakrywał nogi obecnych. Nie wiem dlatego ta część ciała lęka się inwazji wzroku bardziej , niż inne. Doradziłem kiedyś, z czego skorzystała z dobrym skutkiem, instruktorce “business department” dla adeptów tej wiedzy w Wielkiej Brytanii – siedząc czy stojąc miej nogi zakryte. Usadowienie zebranych wzdłuż stołu po obu jego stronach usuwa wyróżnianie jednych kosztem innych przez pierwszeństwo i lepsze miejsce. Tego szkoła nie uczy, a praktykowanie w domu rodzicielskim nie spełni zadania. Trzeba to robić wśród obcych.

Powyższe uwagi odnoszą się do zewnętrznych form wychowania. Jeśli chodzi zaś o jego treści, to spotykamy się tu z dużą różnorodnością. Ogólnie biorąc, korporacje akademickie mają za zadanie wychować porządnych ludzi, chrześcijan, dobrych obywateli kraju. Ten ogólnik można różnorodnie rozumieć i wykonywać, bo tak samo, jak prawie wszystkie deklaracje ideowe, jest on tylko hasłem, a nie treścią wychowawczego rozdziału. Polskiego korporacje akademickie postępują według swojego statutu, który jest wzorcem dla wszystkich statutów i regulaminów. Oczywiste jest, że młodzieniec przyjęty do korporacji otrzymał i w domu i w szkole podstawy wychowania w tym kierunku. Nie jest naszym zadaniem nawracać muzułmanina na wiarę Chrystusa. Ale to przygotowanie domowo-szkolne w żadnym przypadku nie wystarczy na dorosłe życie, w którym młodzieniec spotyka wiele okazji do wstydu z okazania którejkolwiek z wymienionych cnót, a często wrogiego nastawienia i – największego nieprzyjaciela – drwin dowcipnisiów. Bogu dzięki, korporacje nie są pozbawione dowcipnisiów, bo oni są potrzebni i chętnie widziani, ale na ławach piwnych, gdzie mają szanse popisu; to jest również elementem wyrobienia myśli i wypowiedzi: biada temu naiwniakowi, który wyrwie się z czymś mało wartościowym.

Szkolnictwo średnie, które zajmowało się moim pokoleniem, było ciągle jeszcze w powijakach. Po przeszło stu latach rozbiorów i zarządzeń obcych, wrogich nam mocarstw nie mieliśmy doświadczenia w normalnym, wolnym szkoleniu młodzieży. Trzy tak bardzo różne pomiędzy sobą zabory nie dały się objąć wspólnie przygotowanym systemem, jednym dla wszystkich. Dlatego korporacje pełniły wielką rolę w ujawnianiu młodym uczenia się i – najważniejsze – wprowadzania w życie zasad “porządnego człowieka“. Nasi maturzyści czy absolwenci wyższych uczelni po podjęciu pierwszej pracy nie wiedzieli jak się do niej zabrać. Niektóre uczelnie wprowadziły do programu studiów obowiązkowe praktyki, ale za krótko kraj nasz był niepodległy, żeby wyniki tego dały się dostrzec. Korporacje w żadnym wypadku nie uczyły zawodów, ani ich praktycznego wykonywania, ale jednym z ich celów było przygotowanie mentalne do pełnienia różnych funkcji. Zawsze robiły to i robią z przyjaźnią i dobrą wolą. Można było przekonać się o tych wartościach podejścia młodych instruktorów porównując je do wyszkolenia wojskowego, opartego przede wszystkim na łamaniu osobowości i woli elewa, z cenzusem czy bez. To samo można powiedzieć o bardzo tradycyjnych uczelniach na Zachodzie, które niszczą słabe charaktery, a ci, którzy wyjdą z tego obronną ręką, nabywają twardości i mocy charakteru, nierzadko określanej przez innych jako zarozumiałość. Korporacje nie były wolne od tej cechy, która ma swoje zastosowanie, a nierzadko wytłumaczenie wśród ludzi; wydaje mi się, że jej źródła należy szukać we wczesnych latach dzieciństwa, a nie na uniwersytetach.

Ostatni aspekt wychowania, który w ujęciu korporacyjnym ma dla mnie pierwszorzędne znaczenie to stosunek do polityki partyjnej. Nie chcę wdawać się w dyskusje na temat nazewnictwa: czy polityką jest wszelka działalność społeczna np. wykonywanie obowiązków wobec kogoś lub czegoś, czy też rzucanie bomb w jakiegoś męża stanu. Zostawiam to specjalistom w tej dziedzinie. Chodzi mi o nastawienie polityczne wśród partii pełniących lub uzurpujących sobie władzę. Okres międzywojenny w Polsce dał obywatelom głęboko tragiczne możliwości, bez względu na kolor zapatrywań. Właściwie od zarania niepodległości, a więc pozornej możliwości swobodnego wypowiadania się, “braterskie” podejście do odrodzonej Ojczyzny prędko ustąpiło miejsca zawiściom osobistym, “ja panu pokażę” oraz związanym z tym rękoczynom. Wszyscy chcieli jak najlepiej dla kraju, ale tylko zgodnie z ich przepisem na szczęście. Polacy są, co najmniej od 1918 r., narodem politykierów ze świata zabitego deskami. Partie polityczne wszelkich odcieni szukają oczywiście oparcia w młodzieży; ona daje nowy narybek, ale też jest zapalczywa i często bezkrytyczna. Wszyscy to wiemy. Nasze partie, nieraz w oparciu o wielkie głowy i serca, penetrowały wśród młodzieży, głosząc poglądy ubrane w bardziej radykalne stroje.

Korporacje przez długi czas stały z dala od tej gry, ale nie zawsze. Zaczęły powstawać różne sekcje młodych przy stronnictwach “dla starszych”. Do istniejących organizacji młodzieżowych zaczęto przenikać z hasłami nie mającymi nic wspólnego z nauką czy sportem. Młodzież narodowa, coraz bardziej skrępowana w wypowiedziach przez dyktaturę sanacyjną, a z drugiej strony niepokojona systematyczną agitacją komunistyczną, zaczęła garnąc się do organizacji o charakterze radykalnym. Chyba zawsze młodzi idą przeciwko ustalonemu porządkowi, zwłaszcza wtedy, gdy ich rodzice głośno wydają się go popierać. Bo w to, że młody ma rację, przecież nikt wątpić nie może. Idąc za przykładem sąsiadujących Niemiec, gdzie atrakcyjne hasła narodowych socjalistów werbowały młodzież do Hitlerjugend i przeciwstawiając “zagrożeniu” ze strony Strzelca Legionu Młodych, BUND-u i innych, obozy narodowe rozpoczęły walkę propagandową i czynną z przeciwnikami. To zyskało im poparcie w szerokich strefach przez “atrakcyjność”, której korporacje nie miały. Z różnych względów niektóre z nich przyjęły członkostwo obozów politycznych, zawsze narodowych. Trudno było przeciwstawić się tej powodzi propagandowej i naciskowi na nasze umysły. Decyzje o takiej wadze podejmują Konwenty i Walne Zgromadzenia, na których właśnie przygotowana propaganda ma pole do popisu: jeśli większość zebranych uchwali decyzję wbrew zdrowemu rozsądkowi, to tylko akcja o dużym ryzyku może temu zapobiec. Taka jest największa wada demokracji. Gdy po dwudziestu latach dyktatury Getulio Vargas w Brazylii ten przestępca został obalony przez zbuntowanych oficerów, naród wybrał w następnych wolnych wyborach na prezydenta Getulio Vargasa, bo jego zausznicy zorganizowali umiejętną kampanię wśród narodu, w którym jest 70% analfabetów. Oddali oni głosy na tego, którego im podsunięto. Bez przymusu, czy “cudów”.

K! Ostoja, której byłem (i jestem ciągle) prezesem, była kokietowana przez skrajne organizacje polityczne dlatego, że mieliśmy wśród nas wybitnych działaczy, głównie Uniwersytetu im. Józefa Piłsudskiego w Warszawie. Dnia 12 maja 1939 roku wieczorem, w naszej kwaterze odbyła się ostatnia dyskusja pomiędzy władzami ONR-BP i wiceprezesem oraz mną. O drugiej nad ranem w dniu 22 maja, wódz młodych w Obozie zapytał się mnie zmęczonym i bardzo zirytowanych głosem, dlaczego tak uparcie odmawiamy wciągnięcia nas do akcji narodowej, która jest tak ważna. Kiedy mu powiedziałem, że konwent upoważnił mnie do odrzucenia propozycji wejścia do organizacji, która działa wbrew naszemu hasłu “Siła w Bogu, Jedności i Nauce”, a zwłaszcza przeciw Bogu, ten wielki demagog odpowiedział, że nie należy tak ważnych decyzji podejmować gdy jest się zmęczonym sześciogodzinną dyskusją. Zaproponował, żebym przedstawił ponownie jego stanowisko mojemu Konwentowi i przyjął zaproszenie na nowe spotkanie. Powiedziałem mu wtedy, że my od naszego hasła nie odstąpimy prędzej, aniżeli np. ONR połączy się z OZN, na co usłyszałem, że prędzej włosy wyrosną wewnątrz dłoni mojego rozmówcy, aniżeli to się stanie. Było to, jak wspomniałem o 2-ej nad ranem 22 maja; o godz. 9-tej, siedem godzin później usłyszałem w komunikacie radiowym, że Jerzy Krukowski stanął na czele nowopowstałej organizacji Obozu Zjednoczenia Narodowego Sekcja Młodych (nazwy nie jestem pewny), w której skład weszli oficjalnie członkowie ONR-BP. Nie poszedłem szukać włosów na dłoni tego pana.

Korporacja nigdy nikogo do niczego nie zmusza; nie znaczy to, że korporanci są bezkarni, postępując tak jak chcą, My wychodzimy ze stanowiska, że należy młodzież tak wychowywać, żeby sama nie chciała źle postępować. W czasie zebrania w Domu Kościelnym na Chłodnej, jeden z młodych opowiedział mi z nieukrywaną satysfakcją jak to młody oficer 36 Pułku Legii Akademickiej przyłożył rewolwer do głowy płk. Izydora Modelskiego, ówczesnego dowódcy i zmusił go do ustąpienia, kiedy pułk miał pomaszerować na Belweder, walczyć przeciwko prezydentowi (maj 1926 r.). Bardzo przykro zaskoczyło mnie to opowiadanie przyszłego korporanta; nie dlatego, że późniejszy generał Modelski był moim kuzynem, pięciokrotnym doktorem nauk i nieskazitelnym człowiekiem; to co mnie zabolało, to polityczne tło czyjejś nienawiści, która jest ciągle żywa po 68 latach, i która poparta młodocianą skłonnością do gwałtowności i brutalności, wpłynęła na stanowisko tego młodego człowieka. Panie Kolego, ten ppor. złożył kiedyś przysięgę na wierność prezydentowi: grożenie bronią jego obrońcy w czasie działań wojennych to sąd wojenny i kula w łeb.

Korporacje akademickie może nie były “atrakcyjne” z punktu widzenia przykładania rewolwerów do głów starszych oficerów, ale na pewno wychowywały członków na normalnych, porządnych ludzi, z którymi można współpracować tak, jak to robią narody całego świata. Nasz wieszcz mówił o “cichych udręczeń nieustannej pracy”, która jest teraz jak nigdy potrzebna Polsce; zamiast atrakcyjnych wystąpień, jak w telewizji. Rzymskie przysłowie “Beatus qui tenet” należy przyjmować w rozważaniach, ale nie w działaniach, które w jakikolwiek sposób mogą skrzywdzić innego.

Na zakończenie pragnę przeprosić wszystkich PT Czytelników za uzurpowanie sobie prawa do wypowiedzi dość krytycznych, dotyczących psychologii w ogóle. Nie jestem psychologiem z wykształcenia, ale nabytej praktyce zawdzięczam, że żyję; dzięki niej udało mi się wyjść z dwóch obław na mężczyzn w okupowanej Warszawie, przejść kilka wrogich granic w drodze do oddziałów walczących poza krajem, utrzymać bohaterski nastrój wśród moich podwładnych w okresach, kiedy upadali na duchu. Młodzież znam od 1933 roku, miałem nawet pewne drobne sukcesy w pracy z nią: byłem wybierany (przez młodzież właśnie) na Prezesa Polskiej YMCA Ognisko Londyn, wtedy i dzisiaj największe skupisko polskich Ymcarzy na Świecie, przez 13 lat aż do chwili wyjazdu, z prywatnych powodów, do Francji. Widocznie mnie tolerowano.

 Avignon, 27 lutego 1995 roku

Tekst opublikowano w Biuletynie Zarządu Stowarzyszenia Filistrów Polskich Korporacji Akademickich, 1995, nr 10.
digitalizacja: fil. Marcin, fuks Błażej i fuks Szymon (K!Polonia), XI-2012.

Wiesław Rago (1915-2000) filister K!Ostoja z Warszawy. Syn i brat członków K!Ostoja. Student Politechniki Warszawskiej i Uniwersytetu w Liverpoolu. Przyjęty do korporacji w 1933 r. Ostatni prezes K! przed wojną (rok akademicki 1938/39). Architekt, lotnik – kpt. pilot. Dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych. Po II wojnie światowej pozostał na emigracji. Zmarł w Aix-en Provence, we Francji.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

SZTUKA HERALDYKA MONARCHIA ETYKIETA SZLACHTA CEREMONIAŁ (con. MMXVIII)